maelen blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2003

Miął w ustach najgorsze przekleństwa. Jak on nienawidził tych bufonów z Rady! Co oni myślą?!! Że jest jakimś pieprzonym gońcem??!! Płotką, której można wydawać polecenia???!!! Sługusem tych nadętych bubków??!!!

Nienawidził. To jedno uczucie trawiło go już tyle lat. Najpierw znienawidził swojego ojca. Pamięta jak dziś. Był jeszcze dzieckiem. Matka którejś nocy spakowała walizki i odeszła…tak mówił ojciec. Kiedy rano się obudził jej już nie było. Zimowy poranek, ostry mróz i śnieg skrzypiący pod stopami. Ojciec stojący nad brzegiem pobliskiej rzeki i patrzący tępo w wodę. I jego puste, nienawistne spojrzenie, zimne i obce. To wtedy nauczył go zaklęcia „Adava Kedavra” zabijając młodego smoka norweskiego, którego Lucius dostał od matki. Poraziła go moc zaklęcia, któremu nie oparło się tak potężne magiczne stworzenie jakim jest smok. Pamięta też słowa ojca:
- Ucz się. Żadnych sentymentów. Te uczucia Cię zniszczą. Władza jest wszystkim. – Od tego dnia nie zaznał ze strony ojca niczego prócz bólu, cierpienia i nienawiści. Miał może wtedy tyle lat co Draco, jego syn. Chyba jego syn…miał niestety po temu wiele wątpliwości, choć chciał i starał się bardzo traktować tego młodzieńca jak własnego syna.
Tfu, po co mu te szlamowate wspomnienia!! Wracają kiedy jest bardzo wzburzony. Już dawno pogrzebał to co mugole nazywają sumieniem. Teraz kipiał.
Jak oni śmieli zlecić mu zadanie dla…dla… służby!!!???!!! Niech wyślą Crabe`a albo Goyle`a!! Oni się idealnie nadają do łażenia po mugolskim świecie i szukania jakiejś ich szychy!!!
Nie rozumiał po co tyle zachodu. Trzeba było sprawę załatwić tak jak na konferencji o której długo huczało w mugolskiej prasie, wejść zabić wszystkich i zostawić za sobą kurz wspomnień.
Że też Severus musiał się tam napatoczyć. Też sobie znajduje upodobanie w tych mugolskich dziwkach. Jego to już w ogóle nie rozumiał. Podziwiał go za zimną krew kiedy Mistrz brał go na spytki.
Być może to dlatego, że wiele czasu przebywali razem i znają się już tak dobrze i wiele rzeczy odczytują podświadomie, być może dla tego, że jako chyba jedyni z mrocznego grona akceptują się wzajemnie, jedno jest pewne Lucius znał słabości Severusa Snape`a. Znał też jego największą tajemnicę. Jednak o tym Lucius starał się nawet nie myśleć. Gdyby bowiem sprawa wyszła na jaw, stał by się współwinnym zbrodni. Wiedział i nie poinformował mistrza, że wśród nich jest zdrajca.
Ale mniejsza o Severusa i Radę. Musi znaleźć sposób by „bezszelestnie” usunąć jakiegoś mugolskiego świętoszka. Sam nie może się ujawniać i wina ma spaść na mugoli. Problem polegał na tym, że do owego świętoszka nikt nie mógł się zbliżyć. Zatem podrzucenie świstoklika było niemożliwe a bezpośrednia konfrontacja tym bardziej. Zresztą Luciusa zamknięto by za sam wygląd a nie zamierzał ubierać się jak mugole. Zrobi wszystko czego Rada oczekuje ale zachowa swoją godność. Potrzebny mu był jakiś mugol…

Nagle w jego głowie zaświtał plan idealny. Tak jak kiedyś Mistrz użył małej Ginny Weasley tak teraz on użyje osoby pośredniej do niecnego planu zleconego mu przez Radę. Postanowił wykorzystać to małe ścierwo spotkane przypadkowo w pubie tamtego wieczora.
Kontakt został nawiązany, to „coś” nie wydawało się specjalnie przerażone. Nawet bezczelnie patrzyło mu w oczy miast kulić się ze strachu u jego stóp. Ma zatem dosyć odwagi by poddać się próbie i stać bezwolnym narzędziem. Nie złamie się chyba tak szybko jak inni. Ale trzeba „To” jeszcze omotać czarami na tyle by bez trudu ubezwłasnowolnić. To jednak wymaga dużej precyzji. Nie można przesadzić bo „to” może stracić zmysły a szalone do niczego się nie przyda. No i gdyby Ministerstwo Magii przyłapało go na rzucaniu zaklęć w mugolskim świecie, był by skończony i bez wątpienia znalazł się najbliższym kursem w Azkabanie.
Znaleźć to „to” nie będzie trudno. Ten przeklęty bar jest punktem odniesienia. Pójdzie tam znów i poczeka.

Coś czarniejszego niż noc poruszyło się w pogrążonym w ciemnościach pokoju. Wielki, z pozoru bezkształtny cień przysunął się bliżej łóżka i pochylił nad śpiącą kobietą. W nikłej poświacie padającej z zasłoniętego okna widać było teraz zarys postaci w długim płaszczu z kapturem naciągniętym na głowę.
Postać wyciągnęła ręce. Długie smukłe palce bez wątpienia należące do mężczyzny, leciutko dotknęły szyi kobiety, która spała spokojnie, miarowo oddychając. Postać przy łóżku nie poruszała się lecz delikatny dotyk opuszków palców musiał zakłócić sen kobiety, gdyż lekko się przeciągnęła odsłaniając szyję jak kot, który domaga się pieszczot. Wyciągnięte w mroku nocy dłonie powoli przesunęły się w górę i nagle z prędkością z jaką jastrząb atakuje ofiarę zacisnęły się na jej szyi. Kobieta gwałtownie zbudzona ze snu, nawet nie próbowała walczyć. Bezładnie miotała rękami aż natrafiły na okrytą kapturem głowę. Kaptur opadł w tył a przed jej przerażonymi oczami ukazała się burza białych włosów, które gwałtownie zalśniły i…

Gwałtownie usiadła na łóżku. Firana w uchylonym oknie powiewała lekko. W pokoju panował nieprzyjemny chłód przedświtu. A ona miała koszulę mokrą od potu niczym maratończyk.
Siedziała przez dobrych pięć minut masując sobie krtań na której tuż przed chwilą zaciskały się niewidzialne palce. Nienawidziła tych koszmarów. Później cały dzień nie potrafiła dojść do siebie. Właściwie już od tygodnia nie była sobą.
Co się właściwie wtedy stało nie wie. Spotkała dziwnego człowieka, który powiedział coś jednoznacznego aczkolwiek niezrozumiałego. Człowieka, który z niewiadomych jej powodów miał ochotę ją zamordować gdyby powiedziała choć jedno słowo więcej. Człowieka, którego zobaczyła przez chwilę i w dużym mroku a którego oczy wypaliły jej w duszy piętno. Jeszcze nigdy nikt nie przerażał jej tak bardzo. Na początku myślała, że jej przejdzie. W końcu nie mało świrów spotykała co dzień. Jedni bywali nawet bardziej agresywni. Mimo to tamci byli jacyś…namacalni, realni a ten człowiek z baru wyglądał jakby pomyliły mu się epoki. Kiedy zapytała barmana o człowieka w płaszczu z kapturem ten zdziwił się i absolutnie zaprzeczył jakoby taki w ogóle wchodził do pubu. A widzi przecież wejście doskonale. Dziwne. Może miała jakieś halucynacje? Nie to nie możliwe.. zbyt wyraźnie czuła jego oddech i subtelny zapach czegoś co przypominało …właśnie…bliskość tego człowieka powodowała że czuła się jakby… wróciła do domu. Może zapach jego płaszcza… nie wie. Pomimo grozy bijącej z tej postaci czuła coś… znajomego.
Dlatego nie może go zapomnieć.

Jej dom był cichy. Z dala od miejskiego gwaru, otoczony zielenią sprawiał wrażenie oazy spokoju. Zawsze kiedy zamknie oczy widzi magiczne okno swojego pokoju. Żartowała sobie, że jest zaczarowane, bo kiedy przez nie patrzyła świat robił się piękniejszy. I z każdym dniem inny. Podziwiała przez to okno przemijanie pór roku i własnego życia.
Tamtego domu już nie ma. Nie w takiej postaci jak był. I choć mieszka tam jej rodzina to tak naprawdę nie wiele mają z nią wspólnego. Tu nikt jej nie odwiedza, nie robi wymówek i o nic nie ma pretensji…no może tylko właściciel wynajmowanego mieszkania. On zawsze ma o coś pretensje.
Nie chciała się bać. Nie znosiła tego uczucia. Może za dużo wypiła? Może stres całego dnia zmącił jej wzrok. Może to był zwyczajny facet a nie jakiś dziwak w czarnym płaszczu…ale co on powiedział? „mugolska szmato”? Może „mongolska”? Nie przypomina mongolki. Widać pijany już być musiał.
”- Boże znów to samo. Teraz będę siedziała i rozmyślała cały dzień. Nienawidzę tych koszmarów.”

Sati

Brak komentarzy

Kiedy ona idzie ulicą
psy gryzą wściekle jej łydki
w czarnych pończochach
a mężczyźni w dżinsach
przecierają zmęczone oczy
blaskiem jej szminki
- ona niebezpiecznie
pachnie mężczyzną
i nic nie jest w stanie
powstrzymać jej bioder od swingu
który przyśpiesza rytm kroków
na rozgrzanym jej stopą chodniku
i z cichą furią łaskocze
ciemny zarost na czyichś policzkach
Kiedy ona idzie ulicą
niebo schodzi o piętro niżej
narkomani mają odlot bez strzykawek
panie domu wypuszczają z rąk torby
by przeżegnać się mściwie – żarliwie
i każdy czuje na plecach
ognisty miecz archanioła
kiedy ona idzie ulicą
płonącą pod jej stopami jak stos sati
kiedy ona idzie ulicą do diabła
by odebrać mu swego mężczyznę

/Ewa Parma/

Znalezione na stronie
Agnieszki Dec

Gorąco polecam. :)

Otworzyła oczy. Słońce stało już wysoko na niebie a ona jeszcze była w łóżku.
-„Boże znów zaspałam!”- Ale nie zerwała się na równe nogi jak zwykle.
Leniwie zwlokła się z łóżka i naciągając na siebie kusy szlafroczek podreptała do łazienki przytrzymując się ściany. W głowie solidnie jej dudniło. Wczoraj…wczoraj rozmywało się gdzieś we wspomnieniach od około 21:00…

Po cholernie ciężkim dniu, pełnym marudnych klientów, wymyślających jak utrudnić jej życie poszła do pobliskiego pubu by spłukać z gardła smak nienawiści do wszystkich otaczających ją ludzi.
Bywała tam nie raz więc barman uśmiechnął się na jej widok i od razu wlał do szklanki szkocką, lecz kiedy podeszła do baru spojrzał jej w oczy a uśmiech zgasł mu na twarzy i bez słowa postawił przed nią całą butelkę.
Nic nie mówiąc usiadła i szybkim ruchem wypiła pierwszą szklaneczkę. DO DNA.
Barman znów ją napełnił przyglądając jej się badawczo. W końcu nie wytrzymał i pochylając się powiedział jej prosto w twarz.
-Tak nie można. Może czas zmienić pracę?
Spojrzała na niego z taką pogardą, że aż się odsunął.
-I gdzie pójdę? Na ulicę? Wiesz ile kosztuje mnie utrzymanie mieszkania? A to taka podła dziupla, że nawet byś tamtędy nie chciał przejeżdżać spychaczem!
-Poszukaj czegoś innego.– I uprzedzając jej tłumaczenie o braku czasu dodał- Wiesz co? Zrobimy tak. Przynieś mi swoje cv a ja się rozejrzę. Mam więcej wolnego czasu niż ty.
-Po co to robisz? Przecież nic Cię nie obchodzę? Jestem tylko jakąś tam klientką…
-Dobrą klientką- przerwał , uśmiechając się do niej- To jak przyniesiesz?
-Jeśli znajdę czas by je napisać…-odpowiedziała ale lekko się uśmiechnęła. Po czym zerknęła na zegar nad barem.
„-19:45. Cholera ! Do tej mojej nory godzina jazdy metrem…Znów się nie wyśpię.” – wstała jakby chciała już wyjść, jednak zawahała się chwilę. Zabrała butelkę i wolno udała się w stronę najodleglejszego stolika sali. Zawsze tam siadała kiedy nie chciało jej się wracać. Czasem zdarzało jej się zasnąć w tym zapomnianym przez wszystkich kącie. Tylko barman czasem podchodził i sprawdzał czy wszystko z nią ok. Lubiła go. Był właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Miał idealne podejście do ludzi a jego drinki to po prostu poezja. On też ją lubił…choć miała wrażenie, że to z powodu napiwków jakie mu zostawiała. Od kilku miesięcy już zostawiał dla niej kartkę na tym stoliku z napisem „REZERWACJA”
Kiedy podeszła do stolika pogrążonego w prawie całkowitych ciemnościach zauważyła, że ten już jest zajęty.
„- Tego jeszcze brakowało”- pomyślała ale było już za późno, żeby się wycofać, bez powiedzenia „przepraszam”
Prawie usiadła na tego człowieka. Jednak nie miała ochoty z nim rozmawiać, a tym bardziej go przepraszać. A już najmniejszej ochoty na to by szukać innego miejsca. To był w końcu jej stolik i nikt nie miał prawa tu siadać.
Stojąc dobrą chwilę tuż przed obcym mężczyzną zajmującym jej samotnię, zdała sobie sprawę, że ten pilnie jej się przygląda. Choć ani razu się nie poruszył. I poczuła coś jeszcze…poczuła to tak wyraźnie jak jeszcze nigdy dotąd…-On jej nienawidził.???!!!!???
Coś podpowiadało jej, że ma odejść stąd czym prędzej, jednak jej druga połowa mówiła „wywal go stąd on nie ma prawa tu być! Miałaś wystarczająco kiepski dzień!!!”
-Przepraszam…-wycedziła prawie przez zęby-Ale ten stolik był zarezerwowany.- Mężczyzna nie ruszył się ale choć nie widziała jego twarzy czuła ,że się cały czas na nią gapi.
-Czy zechciał by pan zwolnić stolik?- warknęła, choć bardzo starała się być choć trochę uprzejma.- NIC.
Patrzyła w mrok na wysokości jego twarzy. Zaczęła się zastanawiać czy aby czasem gość nie dostał zawału i siedzi taki nieruchomy…ale ta wrogość…
Co tu zrobić? Odwróciła się w stronę baru szukając wzrokiem pomocy barmana ale ten zajęty kilkoma młodzieńcami o zbyt burzliwych temperamentach jak na tą porę dnia nie zwracał uwagi na to co działo się w i tak ciemnym kącie lokalu.
Odwróciła się z powrotem i aż podskoczyła. Mężczyzna bezszelestnie wstał, ominął stolik, który ich dzielił i stał teraz tuż przy niej. Tak blisko, że czuła jego oddech na swojej twarzy. Był dużo wyższy od niej. Ubrany w czarną długą pelerynę z kapturem „Kto się dziś tak ubiera?” Pomyślała. Lecz kiedy podniosła głowę spojrzała prosto w ziejące nienawiścią oczy. Oczy koloru stali. To spojrzenie przeszyło ją na wylot. To jak patrzył wręcz bolało fizycznie. Pochylił się prawie dotykając jej twarzy a z pod narzuconego na głowę kaptura miękko wysunęły się długie prawie białe włosy…
Patrzył tak przez chwilę, a ona miała wrażenie, że trwa tak już kilka godzin z butelką szkockiej w jednej i szklanką w drugiej dłoni, wpatrzona wręcz hipnotycznie w te pochłaniające ją bez reszty oczy. Nawet nie mrugnęła. Na twarzy mężczyzny odmalował się ledwie widoczny wyraz zaskoczenia, lecz już sekundę później straszny grymas wykrzywił mu twarz a z ust dobiegł szept, który zmroził jej serce.
-Zejdź mi z oczu ty mugolska szmato.- Cofnęła się krok a mężczyzna, nasunąwszy głębiej kaptur na głowę wyszedł z pubu niezauważony przez innych.
Nie wie ile tak stała. 5, 10, 20 minut? Następne co zrobiła to pociągnęła potężny łyk prosto z butelki. I jeszcze jeden i jeszcze…aż okropne uczucie, że własnie spotkała jakiegoś psychopatę nie zelżało i …po godzinie zniknęło zupełnie.


  • RSS