maelen blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2003

Ślub

4 komentarzy

Mój pierwszy. Udzielony w tradycji WICCA.
Tak bardzo niedoskonały i tak idealny zarazem…Mam nadzieję, że państwo Młodzi będą długo szczęśliwi. Jestem jeszcze pod wpływem odurzających kadzideł i wina…;) mszalnego :) Życzę Wam dużo szczęścia. Niech żywioły przywołane na tę okoliczność chronią Was. Bo nikt bardziej od Ciebie Anno nie zasługuje na miłość i nikt bardziej od Ciebie Ryszrdzie nie zasługuje na miłość. Wierzę teraz że można odanleźć swojego czarownika na tym padole. SZkoda tylko, że mnie inny los pisany…że ja nigdy z nikim…szkoda.

Bądzcie szczęśliwi.

Blessed Be.

Miałam dziś wiele poważnych spotkań. Jeszcze więcej biegania. Nogi straszliwie mnie bolą i zaraz idę się zdrzemnąć na chwilę. Ja wiem że powinnam nawet iść spać, ale braknie mi czasu na wszystko…

Wracając do spotkań.
Dziwna sprawa, ale miałam wrażenie, że ktoś mi towarzyszy…Sadzał mój tyłek na krześle kiedy chciałam zwiać gdzie pieprz rośnie i zamykał mi czasem usta, żebym nie palnęła czegoś niestosownego.

Ja wiem kto to był…Ach! Gdybyż to mógł być on osobiście a nie tylko jego myśli opiekuńcze…

Strach. Obudził mnie leciutko dotykając.
A kiedy otwarłam oczy przywarł do mnie. Mocno. Trzyma w swych kościstych ramionach. Zbyt mocno. Boli…i tak bardzo się boję.
Jutro obudzę się przy nim znów, i po jutrze…i chyba już do końca życia. Strach i Samotność. Nierozerwalna para.
Jedyni prawdziwi przyjaciele nieodstępujący mnie na krok.
Mogli by chociaż pojechać na krótkie wakacje…Byle razem, byle dalej…

Zamykam oczy…jego jasna twarz, czarujący uśmiech…tak bardzo go pragnę…Nie można dotknąć człowieka utkanego z mgły…

W ogrodzie

1 komentarz

Dziś siedziałam sobie na tarasie. Pod obleśnym pasiastym parasolem na granatowym krzesełku z PCV.
Wśród moich pnączy, które w ciągu ostatniego roku bujnie strzeliły w górę, i wśród ziół.
Otaczał mnie zapach bazylii i estragonu…lawenda uparcie walczy o przetrwanie choć z całego opakowania wyrosło tylko jedno słabe ziółko.
Pies jak zwykle pobiegł obszczekiwać sąsiadów a Misia podzwaniała dzwoneczkiem wygrzewając swoje futerko w słońcu. Nawet jeden z chowańców wrócił z polowania i ocierał się przymilnie o wszystko na co trafił.
Chowańce są identyczne. Dwa osobniki fizycznie wyglądające tak samo choć odmiennej płci. Z jednej matki. Jednej barwy. Są bardzo czarne i bardzo…magiczne. Naprawdę.

Powiał wiatr…Lubię. Wiatr ma w sobie coś…niezwykłego. Jest jak mężczyzna. Wplata palce w moje włosy, przenika ubranie…dotyka. Czule, niezwykle…i tak potrafi szeptać, jak nikt.
Przypomina mi połoniny.
Mogłam godzinami leżeć wpatrzona w przesuwające się obłoki i upajać zapachem łąki, albo rozpoznawać rosnące wokół rośliny.
Czasem stałam z rozpostartymi ramionami a wiatr obejmował mnie delikatnie swoimi niewidzialnymi ramionami i wiedziałam, że przyniesie zmiany.

Dziś wiatr wiejący w moim ogrodzie niósł ze sobą obłoki maleńkich brzozowych nasionek. Opadając lśniły w promieniach zachodzącego słońca jak złociste łzy. Stałam w ich wirującym obłoku kiedy…wiatr przemówił do mnie swoim magicznym szeptem.

Mówił, że bardzo tęskni…że jest trochę zły na siebie, za to, że nie może stale być przy mnie…mówił, że się martwi…i ,że tak bardzo chce mnie przytulić…

NA MERLINA! Czy to wiatr?? Czy może…Lucius!

-WIETRZE, WIETRZE MÓJ PRZYJACIELU- zawołałam – POWIEDZ MU…POWIEDZ, ŻE…ZANIEŚ MU SZEPT…,ŻE TĘSKNIĘ BARDZO! I ŻE CZEKAM I…WSZYSTKO DOBRZE…ZANIEŚ MU DĘBOWY LIŚĆ BY STARCZYŁO NAM SIŁ…OBEJMIJ GO I PRZYTUL, TAK JAK JA BYM TO ZROBIŁA…Proszę…

A las pochłonął mój głos nie dając nic w zamian
Zaszumiało, zawiało, potargało mi włosy…ucichło…

Gdzie jesteś Luciusu?

Wróżba

2 komentarzy
Równe energie mogą się zwalczać w nieskończoność, lecz wspólnie mogą zmienić świat.

„Po co ona mnie tam ciągnie??!!”- myślała ze złością. „ Mam dosyć szwendania się po drętwych imprezach, a imprezy charytatywne w ogóle mnie nie podniecają” – Przy drzwiach wyczekująco stała mała, ubrana w czerń, długowłosa dziewczyna. Jej zielone oczy błyszczały niepokojąco, obserwując, zbyt powolne jak dla niej, ruchy przyjaciółki.
„Co mnie obchodzi jakiś sponsor???!!!” – kobieta krzątająca się po mieszkaniu wyraźnie się nie spieszyła, jak gdyby w nadziei, że stojąca przy drzwiach się rozmyśli i pozwoli jej zostać w domu. „Ktoś w ogóle widział tego faceta? Co się stało z tymi fotoreporterami?? Żeby, żadnego porządnego zdjęcia nie umieć zrobić i to komuś rzekomo tak ważnemu??? Phi…też mi coś…” – kontynuowała myślowy monolog – „Hmm…No tak , Anna go widziała kiedy sponsorował otwarcie nowego oddziału noworodków w ich szpitalu. Ale żeby się zaraz tak podniecać tylko dlatego, że gość ma kasę i gest??? Bez sensu.”
- Mae! Pospiesz się! Nie sądzę, żeby On tam czekał specjalnie na nas!- ponagliła stojąca przy drzwiach Anna.
- Idę. –odparła Mae niechętnie i z ociąganiem ruszyła w stronę drzwi. –„Ciekawe co on ma w sobie takiego, że ona tak się napaliła???”- pomyślała przekręcając klucz w zamku.

Nastały już pierwsze przymrozki a na dzisiejszy wieczór zapowiedziano pierwsze opady śniegu. Dziewczyny otulone w ciepłe kurteczki weszły na teren ośrodka w którym odbywało się przyjęcie z udziałem wielu wpływowych i znanych z mediów osobistości.
Ośrodek był obiektem zamkniętym, więc nie obawiały się zimna wewnątrz.
Przy drzwiach czatowały rozentuzjazmowane fanki w oczekiwaniu na swoich sławnych ulubieńców. Wymalowane jak papugi i ubrane najbardziej skąpo jak tylko pozwoliła aura, żeby bardziej się rzucać w oczy.
Anna i Mae nie chciały rzucać się w oczy. One chciały patrzeć.
Jednak po około pół godziny krążenia wśród tych wszystkich ludzi, mimowolnie zawarły kilka znajomości. Trudno uniknąć konwersacji przy szwedzkim stole czy wśród krążących kelnerów z tacami pełnymi przepysznych drinków. Starczy, bardzo miły Pan aczkolwiek lekko podchmielony zaprosił Annę i Mae do mniejszej nieco sali, do której wejścia broniło dwóch gigantów w czarnych garniturach. Pan machnął przepustką i wprowadził dziewczyny do jak się okazało sali dla VIPów. Annie zalśniły oczy i zniknęła w tłumie gdzie podobno wypatrzyła Czarka Pazurę. Wróciła po godzinie, podczas której Mae zwiedziła zawrtość szwedzkiego stołu, cała w rumieńcach i pełna zachwytu dla dowcipu „Pana Cezarego”… Podchmielony starszy pan zasnął w fotelu koło okna i nie budziły go nawet wystrzały z korków od szampana tuż nad uchem.
Mae była znudzona. Gadanie o polityce i stanie kont poszczególnych ludzi nie bawiło jej w ogóle, jej konto miało w najlepszym wypadku same zera. Anna wychylała właśnie kolejną lampkę czerwonego wina kiedy zegar wybił godzinę 18:00.
Wtedy przy wejściu na salę zrobił się ruch. Anna skamieniała i kurczowo ścisnęła Mae za ramię.
- To ON – wyszeptała ochryple Anna – To ON…
Mae podążyła za jej wzrokiem i serce ścisnęło jej się gwałtownie. Może nawet przestało bić na dość długą chwilę, po czym uderzyło tak mocno jakby miało wyrwać się i uciec w przerażeniu.

W wejściu na salę teraz jasno oświetlonym stał mężczyzna w czarnym płaszczu, z długimi prawie białymi włosami i laską zwieńczoną głową węża. To był mężczyzna z baru!!!
Dzieliła ich zaledwie odległość 7 metrów. Mae zaczęła dyskretnie cofać się w kierunku przeciwnego wyjścia i wtedy ON spojrzał prosto na nią.
Poczuła coś przedziwnego. Jak gdyby wessało ją światło odbijające się w jego spojrzeniu. Sala przestała szumieć, ludzie przestali ją otaczać. Widziała tylko te oczy. Czuła jak ją przyciągają. Chciała się cofnąć ale nie mogła się ruszyć. Przerażenie i pożądanie. Te dwa uczucia ją zdominowały.
Nierzeczywistość tej chwili znikła równie nagle jak się pojawiła i Mae poczuła ,że odzyskała zdolność ruchu.
Nie oglądając się za siebie i nie patrząc więcej na mężczyznę przy drzwiach, wybiegła na mroźne powietrze. Stała na obszernym tarasie z którego kilka schodków prowadziło do niedostępnego dla „zwykłych gości” parku. Oddychała szybko jak po wyczerpującym biegu. Niebo czerniło się nad nią, krew pulsowała jej w skroniach a na rozpaloną twarz zaczęły spadać pierwsze płatki śniegu.

********

Lucius był zły. Od tygodni chodził co wieczór do tego ohydnego baru i nie mógł spotkać tej wstrętnej mugolki. Barman nagabywany o informację na jej temat zaczął być niemiły i nawet zagroził wezwaniem mugolskiej służby interwencyjnej…tej…no…policji. Mógł wydobyć z tego mugolskiego wora na piwo wszystko co chciał ale to by wzbudziło podejrzenia. Głównie w Ministerstwie Magii. Nie, to trzeba było rozegrać inaczej. Nie lubił zmieniać planów. Nie chciał szukać nowej, na tyle „odpornej” mugolki. Ta była dobra. Gdzie ONA DO CHOLERY JEST!!??
Klął w myślach i wyżywał się na domowych skrzatach z wściekłości. Pod przykrywką „dobrego sponsora” zaczął organizować akcje charytatywne, w nadziei, że to ją przyciągnie do niego. Mugole lubią takie imprezy i wystawne przyjęcia. Otoczył się kilkoma dodatkowymi zaklęciami. Ochroną przed mugolskimi wynalazkami typu kamery filmowe i aparaty i czymś co nazwał przewrotnie zaklęciem „Amas Veritas”. Pierwsze zaklęcie powodowało, że na wszystkich mugolskich kliszach wychodził bardzo niewyraźnie o ile w ogóle, lub co najlepsze zawsze tyłem, natomiast drugie zaklęcie powodowało, że każda mugolska kobieta która choć raz spojrzała mu w oczy stawała się natychmiast uległą i w pełni mu oddaną. Zaklęcie wzbudzało tak wielkie pożądanie, że żadna nie potrafiła się samodzielnie uwolnić.
Zarzucił sieć. Teraz czekał aż zdobycz sama w nią wpadnie.
Czekał, czekał a kobiety które przychodziły, były przeróżne. Piękne, brzydkie, bogate, biedne, panny, mężatki, wdowy….wszystkie, poza tą jedną, która jakimś sposobem ciągle umykała z pułapki.
Zaczął już obmyślać nowy plan kiedy to się stało.
Kolejna, nudna, mugolska impreza charytatywna…tłumy rozgrzanych do czerwoności kobiet, fotoreporterzy, którzy i tak nie zrobią nawet jednego dobrego zdjęcia. Gratulacje, dyplomy, ręce…ohydne mugolskie łapy do dotykania, dla nich bardzo ważne łapy. Uśmiechał się czarująco jak zwykle, a w myślach rzucał najgorsze z niewybaczalnych zaklęć i wtedy ją zobaczył.
Stała tak blisko. Patrzyła mu w oczy. Miał ochotę krzyknąć z tryumfem! ”YEEESSSSSS!!!!!” Jak byle prostak na meczu quidditcha!
Nie przestał się jednak uśmiechać…i patrzeć prosto w jej brązowe, rozszerzone z przerażenia oczy.
Nagle kontakt się zerwał. Zaskoczyło go to, jednak na krótko. Po chwili uspokojony i w niewiarygodnie dobrym nastroju wrócił do ściskania mugolskich łap.
A miast najgorszych niewybaczalnych zaklęć pojawiła się inna myśl:
„- Jesteś moja, moja, moja, moja!!!!!”

Mae siedziała na schodach przed wejściem

-To nie jest naturalne! –mówiła sama do siebie –To nie jest normalne! To nie dzieje się normalnie!!! Coś tu do jasnej cholery nie gra! On mnie przeraża! A z drugiej strony…Anna ma rację…Boże jaki on jest boski!!!! Że też wcześniej tego nie zauważyłam!!! No tak, ciemno było…ale on mnie przeraża… Boże! Co się dzieje?
-Co Ty robisz??? - Usłyszała za sobą głos Anny
-Musiałam się przewietrzyć, tam tak gorąco…-odpowiedziała Mae nie patrząc jej w oczy
- I co??? I co powiesz??? Boski jest prawda????- powiedziała pełna entuzjazmu Anna
- Prawda…-wymamrotała niepewnie Mae
-Chodź do środka! Będzie dawał autografy. Muszę go dotknąć chociaż!- Zapiszczała Anna i nie czekając na przyjaciółkę wbiegła do środka…
„-A ja muszę choć na niego popatrzeć!!! Co się ze mną dzieje????”- pomyślała przerażona nie na żarty Mae i ruszyła za Anną.

Uderzyły ją światła kryształowych żyrandoli. Zmrużyła oczy. Ludzie tłoczyli się wokół stołu przy którym siedział białowłosy mężczyzna. Zdjął płaszcz pod którym miał śnieżnobiałą koszulę i wytworną kamizelkę. Nie nosił krawatu tylko jedwabny fular z misternie wykonaną srebrną spinką. Wyglądał olśniewająco , z niesamowicie uroczym uśmiechem dla każdego kto się pochylił i powiedział choć słowo. W tym tłumie Mae wypatrzyła też czarną główkę Anny, która desperacko czekała na swoją kolej po autograf.
Mae tymczasem znalazła najbardziej oddalony kąt i ukryła się przy stoliku pod wielką palmą. Patrzyła, i tak bardzo pragnęła tego mężczyzny…i tak bardzo się go bała… jeszcze bardziej się bała tego co działo się w jej głowie. Po około godzinie rozdawania autografów, aperitifów i gratulacji, mężczyzna wstał, wziął płaszcz i gestem zatrzymał wszystkich którzy chcieli od razu pójść za nim.

- Państwo wybaczą, muszę zaczerpnąć świeżego powietrza i wolałbym to zrobić w samotności. Dziękuję.- Skłonił się dwornie i wyszedł w nocny mrok.

Mae odczekała chwilę, która wydała jej się katorgą. Nie kończącym się wiekiem oczekiwania. Po czym wyszła ostrożnie na taras. Nie chciała by ktokolwiek ją widział. Nie zwróciła nawet uwagi, że jest w samym sweterku. Śnieg przestał padać. Noc czerniła się przyjemnie i kontrastowała z pierwszymi opadami białego puchu leżącymi miękko i cieniutko na trawie.
Zeszła schodkami do parku i nie zastanawiając się dokąd idzie weszła między drzewa.
„- Gdzie on mógł pójść??? Chciałabym z nim porozmawiać…tylko porozmawiać” – myślała gorączkowo patrząc w mrok między drzewami. Przedarła się do żwirowej ścieżki, która biegnąc dalej powiększała się do szerokości podjazdu. W końcu Mae doszła do ogromnej żelaznej bramy, otwartej teraz na oścież. Stanęła zrezygnowana patrząc na ginącą w ciemnościach nocy ulicę…
-No ładnie…-powiedziała głośno
-Co takiego? –tuż obok odezwał się głos, który zmroził jej serce i rozpalił ogniem jednocześnie. Odwróciła się gwałtownie. Obok ogrodzenia stał ON.
Zbliżył się do niej i nie pytając o pozwolenie ujął jej dłoń dyskretnie się kłaniając
- Lucius Malfoy – przedstawił się. Nie przestawał się uśmiechać. Sprawiał wrażenie jak gdyby bardzo dobrze się bawił widząc jej zmieszanie, strach, zakłopotanie i cokolwiek tam jeszcze zdołał w jej twarzy wyczytać.
- Mae…de Witch…to znaczy Maelen…Witch…de… – plątała się.
- Nie za zimno na spacer w samym sweterku? – zapytał, udając że nie słyszał jak się jąkała ale z coraz bardziej szelmowskim uśmiechem
-„ Pragnę Cię…Boże, boję się go!!!! Ale tak go pragnę, że mogła bym się na niego rzucić…” – pomyślała nie odrywając wzroku od jego stalowo szarych źrenic. Już nie wydawał jej się psychopatyczny. Był…olśniewający! Po prostu Olśniewający!!!
- Nie jest mi zimno – powiedziała głośno, choć czuła że zaczyna się trząść…z zimna? Czy z podniecenia? Nie wiedziała. W tym momencie od strony ośrodka zbliżył się samochód, zaczęły też pojawiać się grupki ludzi i Lucius Malfoy kłaniał się i machał im na pożegnanie, dziękując za przybycie.
- Szukałem Pani – powiedział nagle. Stał odwrócony tyłem mimo to miała wrażenie, że widzi wyraz jeszcze większego osłupienia na jej twarzy.
- Eeee…mnie? Dlaczego? – znów odparła niewyraźnie zdekoncentrowana buzującymi hormonami. Jednak nie doczekała się odpowiedzi bo kolejna grupa osób podeszła do Luciusza.
-Dobranoc, zapraszam na kolejne przyjęcie tym razem do mnie – żegnał się z grubasem jego żoną i dwójką dzieci. Odwrócił się i znów spojrzał jej głęboko w oczy.
Jej myśli były jak oszalałe „Pragnę go, pragnę go, pragnę go!!!!!!! Tak rzucić się na niego, wpleść palce w te włosy, przyciągnąć do siebie, opleść udami, przycisnąć mocno, wpić się w usta…Boże, patrzy jakby czytał w myślach!!!”
- Pójdę już – bąknęła
– robi się zimno – odwróciła się na pięcie
- Proszę zaczekać – usłyszała za sobą jego głos, zatrzymała się nie odwracając. Poczuła ciepło spływające na ramiona
-Przeziębi się Pani – powiedział prosto w jej ucho otulając ją swoim płaszczem
- Chodźmy – dodał obejmując ją ramieniem
Czuła ,że jeszcze chwila i straci przytomność.
- A tak przy okazji – dodał jak gdyby od niechcenia – Co mówiłaś o włosach?

c.d.n

Z samego Ministerstwa Magii.
Ponieważ zaginięcie Luciusa bardzo mnie niepokoi muszę sama zasięgnąć informacji.
Chyba się uda.
Skoro nikt nie chce mi nic wyjaśnić ani o niczym informować, złożyłam podanie o pracę w Ministerstwie Pamięci. W dziale archiwum był wolny wakat więc się wkręciłam. Sama dojdę o co tu chodzi.

Znajdę Cię Luciusu, gdziekolwiek jesteś i co kolwiek zrobiłeś w przeszłości to już tylko historia. Teraz będziemy pisali nową. Naszą. Wspólną.

Moje narwy nie wytrzymują napięcia. Nie mogę siedzieć bezczynnie i zastanawiać się co dzieje się z Luciusem.
Postanowiłam. To moja wina że musiał zniknąć, zatem ruszam na poszukiwania.
Przez ostatnie tygodnie gromadziłam niezbędne przybory, których Lucius wspaniałomyślnie mnie pozbawił. Mam już prawie wszystko.
Niestety wielu ziołowych mieszanek nie da się przygotować w tydzień. Będę zatem ratować się świerzymi ziołami. To dobry moment bo jest ich teraz wszędzie pełno.
Profesor zjawiał się niezapowiedziany, jak to w jego zwyczaju. Chyba jednak udało mi się uśpić jego czujność. Chociaż? Kto go tam wie? Z tej jego twarzy trudno wyczytać co myśli. Może podejrzewa co planuję? Nie ważne nie powstrzyma mnie.
Muszę tylko poprosić kogoś o karmienie chowańców.

Odezwę się niebawem.

Hmmmm…Ktoś poblokował moje łącza ze światem i upił moją sowę pocztową. Przez pewien okres byłam odcięta od przesyłania informacji. (A może od ich źródła?)

Bywajcie.

Już wyglądam jak kiedyś. Już nie płonę ogniem ni purpurą włosów. Znów jestem black witch.

Sen miałam przedziwny. O dwóch braciach wyglądających jak bliźniacy. Robert był jednak starszy od Daniela. Daniel brał ślub na który zostałam zaproszona jako osoba towarzysząca mugolowi. Miałam na sobie czarną sukienkę ozdabianą srebrem.
Jednak na ceremonii zaślubin już nie byłam bo oskarżono mnie o próbę niedopuszczenia do niej, choć nie zrobiłam nic w tym kierunku. Matka Pana młodego odprowadzała mnie do wyjścia i na odchodnym powiedziała „Dlaczego nie porozmawiasz z Robertem? On bardzo Cie Kocha” A ja, najpierw zaskoczona, odpowiedziałam jej tak:
„Ja zakochuję się tylko na dwa miesiące. Zrobiłabym mu krzywdę” I odeszłam…

Nie wiem co to znaczyć może. Czy to cokolwiek znaczy. Faktem jest, że w tym śnie mugol miał zaskoczony wyraz twarzy i…zawiedziony, ja natomiast nie czułam ani żalu ani strachu ani nic co pozwoliło by mi jasno zinterpretować przekaz.
Tęsknota do twarzy Roberta zobaczonego we śnie pojawiła się dopiero teraz…
Tylko, że mnie nie można kochać.

Zadanie.

2 komentarzy

Poproszono mnie o udzielenie ślubu. W tradycji wiccańskiej według pradawnych rytuałów.
Czuję się wyróżniona i jednocześnie nie wiem czy sprostam tak trudnemu zadaniu. Nie odprawiałam jeszcze publicznych rytuałów. To będzie poniekąd moja inicjacja jako kapłanki.
Mam nadzieję, że dam radę.


  • RSS