maelen blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2004

Biegła najszybciej jak tylko pozwalały jej na to niewygodne buty. Już była poważnie spóźniona. W dodatku właśnie minął ją kolejny bus.
Na domiar złego telefon rozdzwonił się jak oszalały.
‘Tak. Już jadę’ – wydyszała do słuchawki – ‘ Znaczy jak jakiś cud sprawi, że będę miała połączenie, zjawię się za 20 minut’
Jeden z tajnych agentów ministerstwa od kilku tygodni dopraszał się o spotkanie. Właśnie dziś miało nastąpić a ona była potwornie spóźniona!
‘Merlinie’ – posłała w myślach – ‘Jeśli dziś gdziekolwiek zdążę to tylko dzięki tobie’
Wybiegła zza zakrętu i omal nie stanęła jak wryta. Bus, który minął ją dobre 5 minut temu stał sobie spokojnie na przystanku jak gdyby na nią czekając.
Podeszła do samochodu i widząc prawie wszystkie miejsca zajęte usiadła na przednim siedzeniu obok kierowcy. Jednak ten nie ruszył od razu jak gdyby jeszcze na kogoś czekając choć samochód był pełny.
‘dzieki Merlinie’ – uśmiechnęła się w myślach. W tym samym momencie na przystanek podjechał autobus. Wysiadł z niego młody wysoki mężczyzna ubrany w czerń. Długie, czarne włosy spiął na karku i ze stoickim spokojem podszedł do busa, w którym siedziała. Otworzył drzwi i usiadł tuz obok niej. Smukłymi palcami podał kierowcy zapłatę. Teraz dopiero bus ruszył.
Mae siedziała jak na szpilkach nagle usłyszała w myslach:
‘Rozluźnij się kobieto małej wiary’
Czy jej się zdawało czy też wyczuła nutkę ironii w tych słowach?
Posłusznie jednak oparła się wygodniej. Podróżowali w milczeniu. 15 minut później bus zatrzymał się na przystanku i Mae zebrała się do wyjścia. Czarnowłosy mężczyzna wysiadł również robiąc jej miejsce. Odważyła się i spojrzała na niego. Ku jej zaskoczeniu ten uśmiechnął się do niej serdecznie.
‘Dziękuję’ – szepnęła
Agent zjawił się 5 minut później.
Po omówieniu wszystkich najważniejszych spraw i ustaleniu planu działania na najbliższy okres wsiadła wreszcie w pociąg mający zawieźć ją na spotkanie z Catty.
Kiedy pociąg ruszył spojrzała w wieczorne niebo i zobaczyła srebrzystą smugę nad horyzontem.
Przecięła niebo i pomknęła w stronę odległych i niewidocznych jeszcze gwiazd.
‘Mgła’ – wyszeptała Mae z uśmiechem.
‘Ty zawsze spadasz na cztery łapy, prawda?’
Podskoczyła usłyszawszy znajomy głos.
‘Witaj Luciusu’ – uśmiechnęła się do niego i poczuła się bezpiecznie jak nigdy
‘Jak ty to robisz?’ – zapytał w odpowiedzi
‘Co takiego?’
‘Że oni potrafią pospieszyć ci z pomogą, kiedy one nie mogą się o to doprosić?’
W pierwszej chwili nie bardzo rozumiała, o czym mówi.
‘Powiedziałbym nawet, że cię lubią. Masz dziwny dar zjednywania sobie ludzi, choć uparcie powtarzasz, jaki to z ciebie straszny potwór.’ – zaśmiał się
‘Może mam w sobie więcej mocy niż przypuszczam?’ – powiedziała zbliżając się do niego nagle i muskając ustami jego brodę.
Rozejrzał się spłoszony jak gdyby w obawie, że ktoś to może zobaczyć, lecz już sekundę później odwzajemnił jej gest i obejmując ją szepnął:
‘Chodź, znajdziemy ci miejsce czarownico’
Kilkanaście minut później siedziała już wygodnie ze słuchawkami na uszach wpatrując się w gęstniejący za szybą pociągu mrok.
Nagle w odbiciu szyby zobaczyła zakapturzoną postać.
‘Usiądź Luciusu’ – wysłała ufnie w myślach, lecz postać nie drgnęła nawet a ona zorientowała się, że to nie on.
Poczuła ukłucie strachu.
Postać stała w bezpiecznej odległości, tak by nie można było dostrzec jej twarzy i nie spuszczała jej z oka.
‘Pilnujecie mnie?!’ – wysłała zaczepna myśl.
Odpowiedziało jej milczenie, lecz pięć minut później zakapturzony człowiek zniknął.
Tego wieczora już nikt jej nie niepokoił.

Dark Mark

2 komentarzy

W pokoju stało w kole pięć zakapturzonych postaci w białych maskach osłaniających twarz. Pomiędzy nimi wyciągając do niej ramiona stał Lord Voldemort.
‘Pani de Witch!’ – zawołał –‘Jakże się cieszę, że przyjęła pani moje zaproszenie’
Macnair pchnął ją w stronę kręgu.
Jedna z zakapturzonych postaci drgnęła i wyraźnie napięła wszystkie mięśnie.
‘Podejdź’ – zawołał a echo poniosło jego glos po sali
Nie czekając aż to zrobi sam zbliżył się do niej i ujmując jej dłoń poprowadził ją w sam środek zgromadzenia.
Rozejrzała się po zakapturzonych, lecz nikt się nie poruszył.
‘Po co mnie wezwałeś?’ – szmer niepokoju przeszedł po zebranych wiec szybko dodała – ‘Lordzie?’
Mężczyzna uśmiechnął się niemal promiennie.
‘Mam dla pani ofertę nie do odrzucenia.’ – przemówił
‘Czy słyszała pani kiedykolwiek nazwę Death Eater?’
Skinęła głową bez słowa.
‘Otóż, ma pani jedyną i niepowtarzalną okazję by ich poznać.’ – zatoczył dłonią krąg wskazując na zebranych – ‘Oto oni. Nie wszyscy niestety.’
Nadal nic nie mówiła czekając na dalsze wyjaśnienie jej obecności w tym gronie.
‘I co mają wspólnego z moim sprowadzeniem?’ – zapytała w końcu kiedy i on zamilkł
‘Bezczelna.’ – zaśmiał się Lord – ‘Podoba mi się, ale jeszcze spokornieje.’
Wśród zamaskowanych postaci dał się słyszeć pomruk zadowolenia. Lord zatarł dłonie.
‘moja droga, mogę ci mówić na ty prawda? Zatem moja droga, jak wspomniałem mam dla ciebie propozycje nie do odrzucenia.’
Zrobił dramatyczna pauzę.
‘Oferuję ci miejsce w szeregach tych oto ludzi. Potrzebuję kogoś takiego jak ty. Nie zastąpisz nam niestety Jesse, ale masz inne talenty, które bardzo mi się przydadzą.’
‘Przepraszam, ale nie rozumiem.’ – powiedziała ufnie
Oczy mężczyzny zalśniły złowrogo, twarz mu poszarzała a usta wykrzywił straszny grymas furii. Z szybkością błyskawicy wyciągnął dłoń i chwycił ją za bluzkę przyciągając mocno, aż poczuła jak szwy trzeszczą grożąc rozerwaniem.
‘Zostaniesz jedną z nich i będziesz mi pokornie służyć, bez pytań i bez dyskusji. Rozumiesz?’
Krople jego śliny opryskały jej twarz. Strach rozszerzył źrenice a bicie serca prawie ogłuszyło.
‘Rozumiesz?’ – szarpnął nią znowu – ‘Czy mam użyć innego rodzaju perswazji?’
Teraz objął ją mocno i lubieżnie. Blokując jej ruchy wciągnął jej zapach wtulając w nią twarz a potem przesunął językiem po jej odsłoniętej szyi. Kobieta zesztywniała.
‘Mogę cię zmusić zaklęciem, ale jesteś dość inteligentna by wiedzieć, że mnie się nie odmawia’ – szeptał jej teraz prosto do ucha
‘Nie jestem mordercą’ – wyszeptała
Zaległa cisza tak kompletna, że teraz już głośno było słychać bicie jej serca.
Nagle Voldemort roześmiał się głośno odpychając ja od siebie. Kobieta wpadła w kleszczowy uścisk dłoni Macnair’a. Voldemort równie nagle spoważniał i z wściekłością w oczach powiedział:
‘Mam dla Ciebie lepsze zadanie. Zresztą najtrudniejszy jest pierwszy raz.’
‘A co jeśli mimo wszystko odmówię.’ – zapytała próbując bezskutecznie wyrwać się z uścisku.
‘Nie odmówisz.’ – powiedział Lord zbliżając się znów do niej. Cofnęła się odruchowo przylegając plecami do Macnair’a. Mężczyzna uśmiechnął się nieznacznie za jej plecami.
Voldemort skrzywił się
‘Nie odmówisz, bo masz zbyt wiele do stracenia.’
‘Zabijesz mnie?’
‘Och! Skąd ten pomysł?!’ – żachnął się – ‘Jest tyle innych ludzi. Na przykład taki Malfoy. Strasznie mnie wkurza czasem. Mogę sobie zabić jego, albo …jakieś dziecko. Tak, mordowanie dzieci to prawdziwa frajda wierz mi. Kiedy patrzą ci w oczy z tym niemym pytaniem „Dlaczego” a potem odchodzą nie otrzymawszy odpowiedzi…’– Voldemort wyglądał jak gdyby faktycznie się rozmarzył a potem nagle zbliżył znów twarz do jej twarzy i wycedził:
‘Nie będę szukał daleko’
Zacisnęła zęby aż zgrzytnęły
‘Tknij moją rodzinę a wyrwę ci to plugawe serce gołymi rękami’
Voldemort obnażył zęby z wściekłości.
‘Waldenie, nie spoufalaj się. Puść panią. Musi przystać do nas z własnej woli a ty krepujesz jej ruchy’ – warknął w odpowiedzi nie spuszczając wzroku z oczu Mae. Macnair odskoczył od kobiety jak oparzony.
Aby przypieczętować nasz pakt poproszę o pani lewą dłoń.
Czekał z wyciągniętą ręką.
Powoli podała mu swoją.
Uśmiech tryumfu zagościł na jego twarzy. Odwrócił jej rękę tak by wewnętrzna strona przedramienia znalazła się na górze. Syknęła z bólu by krzyknąć głośno, kiedy swoją lewą dłonią nakrył jej nagie przedramię. A kiedy cofnął swą dłoń na jej lewym przedramieniu widniał symbol czaszki z wężem wysuwającym się z pomiędzy szczęk.
‘Teraz należysz do mnie’ – warknął – ‘Jesteś moją tajną bronią’
‘A jeśli jeszcze raz okażesz brak szacunku…oddam cię Walden’owi’
Potem wyprostował się gwałtownie i krzyknął głośno
‘Czas na zabawę! Możecie zdjąć maski i wprowadzić panią de Witch w zakres jej obowiązków w naszym małym królestwie’
Zaśmiał się znowu i rozpostarł ramiona
‘Zapraszam do stołu’

Próba

1 komentarz

Nie pamięta czy cokolwiek jadła lub piła tego wieczoru.
Poczucie rzeczywistość wróciło jej nagle. Zorientowała się, że od dobrej chwili siedzi w milczeniu, kiedy jej rozmówca wyraźnie oczekuje jakiejś odpowiedzi.
Coś się stało. Czuła to bardziej niż była świadoma. Coś włączyło alarm w jej umyśle i przywróciło jej trzeźwość myślenia. Nie potrafiła tylko znaleźć jego źródła.
‘Pani de Witch?’
‘Tak? Och! Przepraszam. Zamyśliłam się. Czy…mógłby pan powtórzyć pytanie?’
‘Ależ to nic ważnego. Chyba przeciągnęliśmy troszeczkę nasze spotkanie. Pewnie jest pani zmęczona.’ – przeciągnął się jak gdyby od niechcenia, a jednak mogłaby przysiąc, że nadal czujnie ją obserwował.
Świece prawie się dopalały. Mae spojrzała w okno i serce w niej zamarło. Szarość przedświtu szkicowała już niepewną kreską pierwsze kontury nadchodzącego dnia.
Kobieta przeniosła spłoszony wzrok na swojego gospodarza. Czerń jego źrenic paliła ja ogniem. Milcząco, złowrogo przytrzymywał jej wzrok siłą własnego spojrzenia.
Z ogromnym trudem odwróciła głowę. By raz jeszcze zerknąć na niego ukradkiem.
Lord Voldemort uśmiechnął się i złowrogi nastrój prysł natychmiast, choć ten uśmiech był bardziej drapieżny niż przyjazny.
Pstryknął tylko palcami i w drzwiach natychmiast stanął Walden Macnair. Skłonił się głęboko. Oczy miał wyraźnie zaczerwienione ze zmęczenia. Wyglądał jak ktoś, kto nie spał kilka dni.
Voldemort wstał i podszedł do kobiety, która nie śmiała się ruszyć.
Zmęczenie spowodowane brakiem snu sprawiło, że cała sytuacja nabrała dla niej innego wymiaru. Teraz nie wiedzieć dlaczego poczuła strach.
Tyle już słyszała opowieści o ludziach, którzy znikali po spotkaniu z Voldemort’em. Dlaczego dopiero teraz o tym myśli?
Ale to nie mogło dotyczyć jego. Nie tego nieziemsko przystojnego mężczyzny. Oni musieli mówić o kimś innym.
Mężczyzna zbliżył się i podał jej dłoń pomagając wstać.
‘Jest pani niezwykłą osobą, pani de Witch.’ – przemówił a ona nie była w stanie nic odpowiedzieć otumaniona na nowo tembrem jego głosu. Powoli, lecz stanowczo prowadził ja w stronę Macnair’a.
‘Byłbym zaszczycony gdyby pani odwiedzała mnie częściej.’
Mae poruszyła tylko bezgłośnie ustami, na co Voldemort znów obnażył kły w uśmiechu.
‘Cieszę się, że nie słyszę sprzeciwów.’
Kiedy Walden Macnair podał jej ramię bez protestów je przyjęła.
Voldemort wyprostował się i powiedział:
‘Na pożegnanie pozwolę sobie jednak coś sprawdzić’ – i nie czekając na jej reakcję wypowiedział twardo jedno słowo:
‘Legilimens’
Nawet nie zauważyła różdżki nie wiedzieć, kiedy wyciągniętej. Zakręciło jej się potężnie w głowie i omal nie upadła. Wpiła się mocno palcami w rękaw koszuli Macnair’a.
Zacisnęła powieki i ponownie otworzyła oczy. Podłoga poruszała się wyraźnie i niebezpiecznie. Poczuła się tak jak gdyby ktoś bezboleśnie przeprowadził jej trepanację czaszki i zanurzył palce w jej mózgu.
Wzięła głęboki oddech. Mroczki, które wirowały jej przed oczami zaczęły się rozpierzchać a podłoga wróciła na swoje miejsce. Powoli uczucie ingerencji w jej głowie nikło.
Na to miejsce pojawił się zwyczajny ból głowy.
‘Przepraszam’ – szepnęła – ‘To był niezwykły wieczór, ale jestem bardzo zmęczona’
Spojrzała na Lorda i zamarła w przerażeniu.
Oczy pociemniały mu gwałtownie. Policzki poznaczyły bruzdy wywołane wściekłością.
‘Jak…??!!’ – warknął a ona i Macnair cofnęli się odruchowo. Widząc jej strach Lord wyraźnie się uspokoił.
Szybko na jego twarz powrócił niedawny spokój i ten drapieżny uśmiech.
‘Pani wybaczy. Macnair, pozwól na słówko’ – powiedział spokojnie, lecz w jego oczach wciąż błyskały czerwone płomienie gniewu.
Macnair posłusznie podążył za swym panem na drugi koniec pokoju. Mae oparła się o framugę, jeszcze czuła się dziwnie słabo. Może jednak piła jakieś wino i teraz pojawiły się jego skutki?
Intrygował ją jednak ten tajemniczy dialog prowadzony przez mężczyzn. Kobieca ciekawość wzięła górę. Zaryzykowała i skoncentrowała się.
‘…się zaklęciu.’ – usłyszała myśl Voldemort’a
‘Jest niezwykle silna. I zarazem podatna. Przyda nam się Macnair. Chcę by do nas przystała. Czy to jasne?’
‘Tak panie…ale, wybacz, że się ośmielę…’
‘To się nie ośmielaj!’ – warknął Voldemort, lecz po chwili zastanowienia dodał:
‘Mów szybko, co wiesz.’
‘Ja chciałem tylko powiedzieć, że…’
‘Wykrztuś wreszcie!’ – gniew dało się wyczuć prawie namacalnie
‘A Malfoy?’
‘Czy uważasz, że powinienem go pytać o zgodę?’ – Niemal wrzasnął Voldemort
‘Ależ nie panie’ – Macnair skulił się wyraźnie a Lord spojrzał przez ramię prosto na stojącą w drzwiach kobietę i nagle jak gdyby dokonała się w nim przemiana. Znów złagodniał i przemówił do Macnair’a:
‘Bądź dla niej bardzo miły. Na razie informowanie Lucius’a Malfoy’a o naszym spotkaniu nie będzie konieczne.’
Uśmiechnął się niemal przyjacielsko do skulonego przed nim Macnair’a.
‘Ale ona mu powie’ – ten nie dawał za wygraną
‘Nie powie, przecież nie chce narażać się na niczyj gniew. A jeśli to zrobi będziemy musieli drogiego Lucius’a wy-e-li-mi-no-wać. Zatem pani de Witch nikomu nic nie mówiąc znów nas odwiedzi.’
‘Mam jej to przekazać?’ – spytał Macnair
‘To niepotrzebne. Pani de Witch od dłuższego czasu już nas słucha’
Drgnęła i przerwała kontakt. Voldemort zaśmiał się głośno.
‘Wkrótce znów po panią przyślę’ – usłyszała w swej głowie. Potem Lord skłonił się jej lekko i wyszedł.
Macnair popatrzył na nią z daleka jak gdyby ważąc właśnie otrzymane informacje. Potem podszedł do niej zdecydowanie
‘Pani pozwoli’ – głos miał zduszony i chłodny. Chwycił ją za ramię i deportowali się na obszernym tarasie przy jej domu.
‘Chyba nie muszę mówić, że słowa Lorda należy brać bardzo poważnie. Proszę to spotkanie zachować dla siebie. Ma pani wiele do stracenia. Do zobaczenia pani. Niebawem’ – to mówiąc deportował się nie czekając na jej odpowiedź.

Mimo zmęczenia, nie zmrużyła oka. Kilka godzin później, kiedy Bastian zbudził się ze snu, ona nadal stała przy oknie w niebieskiej sukience.

***

‘Wybierasz się gdzieś mamo?’ – zapytał przecierając oczy.
Drgnęła jak zbudzona ze snu
‘Słucham? Och, nie. Po prostu miałam ochotę ją założyć.’ – wygładziła lśniący materiał i jak gdyby odzyskała dawną energię
‘Wstawaj śpiochu’ – zaśmiała się krótko i ruszyła w stronę kuchni.
Śniadanie przygotowała nucąc coś pod nosem a kiedy Bastian, jak co dzień czmychnął do dziadków zaparzyła sobie kubek z kawą i znów zatonęła w myślach.
Deportacja za jej plecami poderwała ją na pół metra od podłogi. A kubek z niedopitą kawą z brzękiem wylądował u jej stóp i rozbił się na kawałeczki.
Drżąc odwróciła się gwałtownie.
Lucius zmarszczył brwi widząc jej reakcję.
‘Co takiego zrobiłem, że reagujesz na mnie jak na widmo?’
‘N-nie, n-nic…ja…miałam kiepską noc. Nie spałam i…jestem trochę rozkojarzona.’
Nie czekając na odpowiedź podeszła do niego i przytuliła się mocno.
Stał oszołomiony. Gładząc odruchowo, uspokajająco jej plecy. Zastygł na moment a potem chwytając ją za ramiona odsunął od siebie i spojrzał krytycznie:
‘Niebieska?’
‘A tak jakoś…Źle wyglądam?’ – zapytała
‘Wyglądasz bardzo…oficjalnie.’
‘Czyli? Źle?’
‘W czerwieni jest ci lepiej…ja lubię…tamten kolor’- zaczął tłumaczyć
‘Przebiorę się’
‘Nie trzeba’ – powiedział szybko
‘Trzeba.’ – ucięła – ‘Sztywno się czuję’
Minęła go szybko ignorując rozbity kubek na podłodze i znikła w pokoju.
‘Reparo’ – wyszeptał w stronę skorup, kiedy już nie mogła go słyszeć

Chwilę później ubrana w swoje ulubione jeansy i t-shirt wyszła z pokoju uśmiechając się przyjaźnie. Jednak nie uszło uwadze Luciusa, że nie patrzy mu w oczy i jest jakaś spięta.
Chwycił ją mocno za nadgarstek i przyciągnął do siebie.
Siłą niemal uniósł jej głowę i zmusił do spojrzenia w oczy.
‘Mów’– powiedział twardo –‘Wiem, że coś się stało’
Wyrwała się i znów przytuliła
‘Lu, jestem potwornie wyczerpana. Miałam…koszmar.’
‘Jaki?’ – zapytał z całkowitą powagą
‘Och, jeden z tych wielu koszmarów, po których jestem kompletnie rozbita.’
‘Potrzebuję coś na sen…’ – wymruczała w jedwab jego koszuli
Uśmiechnął się i odetchnął.
‘Chodź’ – pociągnął ją w stronę sypialni.
Bez protestów pozwoliła się położyć do łóżka. Lucius położył się przy niej i objął ramieniem. Wtuliła się w niego mocno. Zasnęła.

Jeśli chcesz uciec przed życiem, musisz je najpierw pokonać.

Znów to sobie zrobiłam.
Obejrzałam film, wobec którego nie da się przejść obojętnie. Przynajmniej ja nie potrafię. Gary Oldman i Demmi Moore w głównych rolach już powinni wiele wyjaśnić.
Na pierwszym planie historia dwojga ludzi, targanych namiętnością, zmuszonych do życia w ciasnych schematach wymyślonych przez otaczające ich społeczeństwo.
Ich miłość zrodzona nagle, staje się przekleństwem nie boskim darem.
Oboje napiętnowani a jednak silni, niezłomni. Nie potrafią wyrzec się siebie.
Tuż obok, stanowiąca tło, społeczność. Tak naprawdę nie różniąca się od głównych bohaterów. Tłumiąca wszelkie emocje poza nienawiścią. Zduszona i umierająca w ciasnych klatkach swych umysłów. Tak łatwo potrafi napiętnować i niszczyć.

Porusza mnie obraz ich miłości. Żądza, i ogień ich uczucia są tak silne, że trzeba uważać by podczas oglądania nie siedzieć za blisko ekranu. Można się, bowiem sparzyć. Można tego dotknąć. Nie pamiętam drugiego takiego filmu, w którym akt miłosny byłby tak fizycznie odczuwalny. Podobnie jak ból narodzin małej Pearl.

I napiętnowanie…

Choć obraz przedstawia czasy podboju ameryki, choć to wszystko było rzekomo tak dawno temu jednak prawda o społeczeństwie wcale się nie zmieniła.
Psychologia tłumu jest niezmienna.
Ludzie jak małpy-, gdy jedna skacze,skacze całe stado. Jak dzikie, bezrozumne bestie, karmiące się krzywdą i upokorzeniem innych. Miarą człowieczeństwa jest nie to ile możemy stworzyć, ale jak trwałe rzeczy uda nam się zniszczyć. To nie prawda w oczy kole, ale szczęście innych.
Miłość umarła, jeśli kiedykolwiek istniała. Nienawiść jest nieśmiertelna.

Kulminacyjny moment dramatu tych dwojga następuje, kiedy kobiety stają na szafocie. Zakneblowane. Skazane za grzech wolności własnych dusz.
I wtedy on, człowiek szanowany dotąd wstaje i krzyczy:
„Kocham tę kobietę. To ja jestem ojcem jej dziecka. Jeśli musicie kogoś powiesić, powieście mnie”
Cisza. Szok. A potem jeden głos przerywający ten trans. „Hang him”
A zanim inne I tłum skandujący już tylko jedno. „Hang him!” – Śmierć i nie ważne, że znamy go tyle lat, że dobry z niego człowiek. Że wczoraj jeszcze kochaliśmy go. Śmierć mu, bo obnażył nasze pragnienia wolności. Naszą potrzebę prawdziwej miłości. Nasz strach przez zdemaskowaniem własnych pragnień. Śmierć mu, bo miał odwagę kochać.
Spojrzenie kata. Wzruszenie ramion i wyraz twarzy mówiący:
‘Wybacz stary, to nic osobistego. Ludzie chcą Twojej głowy.’
Ot tak, dla rozrywki. Kogoś wszak muszą dziś powiesić. Potrzebują dramatu. Rozpaczy. Nie można obnosić się ze swoim szczęściem bezkarnie.

A sama Szkarłatna Litera?
Ilu z nas nosi ją przytwierdzoną do serca? Ilu z nas jest napiętnowanych za pasję, namiętność, próbę miłości, za odwagę…za inność?

Tak często czuję ją na swej piersi. Pali ogniem odrzucenia.
A szepty ludzkie idą za mną jak dobosz i głoszą światu mój ‘grzech’.
I tylko niema nikogo, kto powiedziałby ‘Kocham tę kobietę…’

tn_OhSoSexytn.jpg

* Ach! Jakiż on do Jaretha podobny…

Śnił mi się Lucius. Jechałam autobusem i zobaczyłam go jak idzie. Zmęczony, w kostiumie scenicznym i…Zajadający loda :|
Zobaczył ten autobus, który akurat podjechał na przystanek i podbiegł, bo ludzie w środku zaczęli do niego machać. Podbiegł prosto do miejsca, w którym siedziałam i wyciągnął loda jak gdyby chciał mnie poczęstować:> Uśmiechał się a ja uśmiechałam się do niego i pokazywałam mu na migi przez szybę, że jest najlepszy i że trzymam kciuki za niego. Autobus ruszył dalej a ja zastanawiałam się, dlaczego nie czuje tego podniecenia, które towarzyszyło mi przy spotkaniu z Larsem Ulrichem (perkusista z zespołu Metallica – jak by ktoś nie wiedział) Odprowadzał nas wzrokiem, ja tez patrzyłam za nim. Potem zdjął perukę. Pod spodem miał też długie włosy takie, luciusowate. :] A potem…Zdjął koszulę. Ciśnienie mi skoczyło. Był naprawdę świetnie zbudowany. Nie jakiś kulturysta (nie lubię pakerów, czyli ABS’ów –Absolutnie Bez Szyi) ani jakiś chudzielec. Po prostu ładnie zarysowane bicepsy i umięśniony brzuszek…mmmrrrr…:|
Chwilę później dołączyła do mnie Catty i Merle. ‘Widziałyśmy Lu’ – powiedziały – ‘Kręci piątkę Pottera’
Ja na to, że też go widziałam. A one ‘Myśmy rozmawiały z reżyserem i wiemy, że kręcą piątkę Pottera i wtedy on przechodził i …’
‘Zdjął koszulę’ – powiedziałam, na co one przytaknęły głową
‘Dlaczego nie porozmawiałyście z nim?’ – zapytałam. Spojrzały na mnie zdziwione a sen przeszedł do kolejnej fazy…

Autobus wjechał do małego sennego zaśnieżonego miasteczka. Zatrzymał się a my wysiadłyśmy. Podbiegła do mnie dziewczyna i powiedziała. ‘Szybko, potrzebujemy wsparcia!’ Pobiegłam za nią zdając sobie sprawę, że mam na sobie niebieski policyjny mundur. Posterunek policji był atakowany przez mafię. Moim partnerem był Martin Riggs. (ktoś wie kim jest ten pan? :>)
Merle i Catty gdzieś mi się zgubiły. A mafia wystrzelała wszystkich za wyjątkiem mnie i Riggs’a. Uciekliśmy. Mafia przejęła władze nad miastem a my byliśmy poszukiwani. Riggs dwa razy uratował mi życie pomagając w ucieczce. Sam został ranny. Czułam się jak ostatnia ofiaralosu. Nie potrafiłam nic zrobić i czułam, że stanowię zagrożenie dla mojego partnera.
Trafiliśmy do małej knajpki prowadzonej przez naszego człowieka. Siedzieliśmy przy stole i zastanawiali się razem z innymi ludźmi ukrywającymi się przed mafią. Przy stoliku obok siedział facet i przyglądał się nam. Potem wyszedł. Riggs miotał się po sali. Nagle usłyszeliśmy pisk opon. Podbiegliśmy do drzwi. Okazało się, że facet to kapuś. Mafia nas dopadła.
Nie było innej drogi ucieczki. Powiedziałam, że ja wyjdę a Riggs ma się ukryć. I nie czekając na jego reakcje stanęłam twarzą w twarz z szefem mafii, który uśmiechnął się wstrętnie.
A ja…przeniosłam się do innego snu.
Snu w którym mój facet zdradził mnie na moich oczach z moja najlepszą kumpelą. Stałam w drzwiach i patrzyłam na nich, w głowie kręciło mi się od rozczarowania jakie mnie spotkało, od żalu, że okazał się taki jak przypuszczałam. ‘Przegięliście powiedziałam i wyszłam trzaskając drzwiami mojego własnego pokoju w którym to właśnie się działo..

Zbudziłam się i myślałam , czy czasem nie jestem winna zaistniałej sytuacji… Nie, nie jestem winna. I choć to tylko sen…przypomniał mi prawdziwe wydarzenie…lecz postacie we śnie są teraźniejsze a ja zastanawiam się czy czasem nie istnieje takie zagrożenie. Czy walczyłabym? Nie, już bym nie walczyła. Dość siebie oddałam temu człowiekowi otrzymując w zamian poczucie bycia rzeczą nie człowiekiem. No ale dosyć tego uzewnętrzniania się. Koniec. Co ma być to będzie.

Lu przyjdzie dziś na obiad. Niedziela. Spokojnie i cicho. Idę popatrzeć na pieczeń.

Voldemort

8 komentarzy

Odruchowo zamknęła oczy. Kiedy je znów otworzyła stała na kamiennej posadzce w wilgotnym i zimnym korytarzu.
‘Przepraszam za to miejsce’ – mężczyzna, który ją przyprowadził zdjął maskę i odrzucił kaptur
‘Macnair’ – szepnęła
‘Proszę mi mówić Walden’ – uśmiechnął się złośliwie i podsunął jej ramię
Była zaskoczona. Tak, właśnie zaskoczona. A najbardziej ją zdumiewało, że nie odnajdywała w sobie nawet odrobiny strachu. Wiele razy wyobrażała sobie ten moment i wtedy czuła panikę. Teraz kiedy to się działo naprawdę, jej krew zmieniła się w lód. Serce zwolniło rytm a zmysły wyostrzyły, lecz nie było w niej nawet cienia strachu.
Ujęła Macnaira pod ramie i ruszyli mrocznym korytarzem.
Jej towarzysz rozświetlił nieznacznie ciemność panującą w około wyjmując zza pazuchy różdżkę.
Chwilę później wspięli się po kamiennych schodach i Macnair pchnął dębowe, ciężkie drzwi.
Blask wypełniający pomieszczenie na chwilę pozbawił ją wzroku. Zmrużyła oczy i przysłoniła je dłonią.
Prostokątne pomieszczenie w którym się znaleźli przypominało salę balową. Ogromne lustra pokrywały ściany i światło które pochodziło raptem z trzech żyrandoli odbijało się niezliczoną ilość razy w tych kryształowych taflach. Tworząc oślepiającą feerię jasności.
Macnair pociągnął ją – tym razem o dziwo wyjątkowo delikatnie – w stronę ogromnego kominka, znajdującego się przy jednej z krótszych ścian. Stały tutaj dwa fotele ustawione tyłem do pomieszczenia. Poza nimi w pokoju nie było innych mebli. Dopiero po chwili dostrzegła, że w jednym z foteli ktoś siedzi.
Macnair zatrzymał się dwa kroki za oparciem. Uwolnił ramię od zaciśniętej na nim bezwiednie kobiecej dłoni i przypadł do kolan siedzącej postaci.
Pochylił głowę w pokłonie i zrobił gest jak gdyby całował rąbek nieistniejącej szaty.
‘Panie?’ – powiedział na co postać drgnęła jak wyrwana z głębokiego zamyślenia.
‘Macnair…’ – wychrypiał głos, po czym odchrząknął.
Postać poruszyła się i wyprostowała by powoli podnieść się z miejsca.
Oczom kobiety ukazała się wysoka, smukła sylwetka mężczyzny odzianego w czerń tak kompletną, że zdawała się wręcz kpić z blasku jaki tworzyły lśniące refleksy żyrandoli. Mężczyzna ubrany był w spodnie i coś na kształt tuniki z kapturem zarzuconym teraz na głowę.
Odwrócił się powoli i spojrzał na kobietę, która głośno wciągnęła powietrze.
Zaśmiał się. Czysto. Hipnotycznie. Brzmienie jego głosu zniewalało.
‘Pani de Witch. Jestem Lord Voldemort’ – przemówił – ‘Pewnie nie tego się Pani spodziewała?’
Mae stała z idiotycznie otwartymi ustami i wpatrywała się w mężczyznę, który powoli podszedł do niej z uśmiechem ukazującym biel zębów.
‘Mhmhm…’ – próbowała cos powiedzieć ale z wrażenia jej głos gdzieś uwiązł. Odchrząknęła i błyskawicznie wzięła się w garść.
‘Proszę wybaczyć.’ – zaczęła lecz głos dziwnie jej się łamał. Czuła, że nie ma prawa się odzywać, że nie powinna bo jej glos nie pasuje do tego człowieka i nie powinien brzmieć w jego obecności.
‘Słyszałam…Mówią okropności…’ – zaczęła i poczuła się jak ostatnia idiotka. Spuściła wzrok, którego do tej pory nie mogła odwrócić od jego twarzy.
Mężczyzna zaśmiał się znowu.
‘Pani de Witch, jak brzmi to mugolskie przysłowie?’ – spojrzał na klęczącego nadal Macnaira, lecz sam odpowiedział:
‘Jak cię widzą tak cię piszą?’
Macnair skinął głową.
‘Oni widzą węża o czerwonych ślepiach. Czy tak?’ – podszedł jeszcze bliżej. Mae znów podniosła wzrok.
Wąż? Jaki wąż? Jak on właściwie miał wyglądać ? Łysa głowa? Ten człowiek miał piękne bujne czarne jak heban włosy. Żółta, niezdrowa skóra przypominająca łuski węża?? On miał skórę gładką jak alabaster i czystą, lekko zaróżowiona od ciepła bijącego w kominku. A co mówili o twarzy? Jego twarz wyglądała jak twarz anioła…i tylko oczy… Czerwone ślepia?
Nie, nie były czerwone, ale biła z nich taka groza, że Mae poczuła ją aż po kosmyki włosów. Zło płynęło z tego spojrzenia tak czyste, że kiedy patrzyła w te oczy widziała jak twarz się deformuje, a kształtne usta wykrzywiają złowieszczo. Przeszedł ja potworny dreszcz lęku. Mrugnęła gwałtownie. Skupiła się na całej postaci. Postanowiła nigdy więcej nie patrzeć w te oczy.
Mężczyzna uśmiechnął się znowu.
Z jego całej postaci emanowała tak wielka godność, tak potężna władza, że czuła że mogłaby zgodzić się na wszystko co by ten człowiek zaproponował. Nie zaoponowała zatem kiedy następne co usłyszała brzmiało:
‘Czy zechce zjeść Pani ze mną kolację?’

DeathEater

5 komentarzy

Noc zaległa na dobre nad światem, gdy wysoka postać, odziana w czarną pelerynę z kapturem i w zakrywającej twarz białej masce wpadła do pokoju niczym błyskawica. Gwałtownie, szybko i… bezszelestnie. Jak gdyby wyprzedzając wszelkie odgłosy towarzyszące zwykle tak gwałtownym najściom.
Postać nie szukała. Doskonale znała cel swej podróży. Powoli wsunęła się do pokoju i cicho otworzyła szafę. Chwilę lustrowała jej zawartość, poczym wyjęła błyszczącą w świetle księżyca niebieską sukienkę. W migotliwym, srebrnym blasku tkanina zdawała się mienić odcieniem czerni i granatu.
Postać pewnym krokiem polującego drapieżnika zbliżyła się do majaczącego w mrokach nocy łóżka.
Chwilę obserwowała śpiących.
Leżąca w łóżku kobieta poruszyła się niespokojnie niczym dręczona koszmarem. Być może instynktownie przeczuła obecność w pokoju. Dwa śpiące ufnie chowańce zbudziły się jednak. Obnażając ostre, lśniące w blasku księżyca kły zasyczały złowrogo. Postać uniosła dłoń.
Stworzenia jak na komendę umilkły i ze zjeżoną sierścią wycofały się z pokoju.
W tym samym momencie, w którym kobieta otworzyła oczy, dłoń należąca niewątpliwie do mężczyzny wystrzeliła w mroku i zdusiła rodzący się krzyk.
Kobieta zacisnęła palce na męskim nadgarstku. Druga ręka mężczyzny powędrowała w stronę maski. Wskazujący palec nakazał milczenie zarysowi ust.
Potem postać odrzuciła okrycie i postawiła kobietę do pionu. Kimkolwiek był ów mężczyzna – jego siła była ogromna, a zdecydowanie jeszcze większe.
Ruchem głowy wskazał sukienkę.
Kobieta wahała się tylko chwilę. Zrobiła gest nakazujący mężczyźnie odwrócenie się a kiedy ten z lekkim ociąganiem to zrobił ubrała się szybko. Pierwszy strach minął.
Choć serce wciąż jej waliło. Adrenalina krążyła już w jej organizmie.
Stuknęła go w ramię kiedy była gotowa. Odwrócił się i wyraźnie mierzył ją wzrokiem ukrytym w cieniu maski i kaptura.
Dał znak do wyjścia.
Kiedy znaleźli się w przedpokoju kobieta szybko włożyła buty. Spojrzała na odchodnym w stronę czających się za załomem korytarza chowańców. Potem wyszła na zalany księżycowym blaskiem taras. Cicho zamknęła drzwi.
Mężczyzna podszedł do niej i szepnął:
‘Zapraszam na spotkanie’
Cofnęła się gwałtownie a jej źrenice rozszerzyły się ze strachu.
Mężczyzna zachichotał.
‘Ups, chyba spodziewała się pani kogoś innego. Przykro mi, że rozczarowałem.’ – chwycił ją mocno za ramię i nim zdążyła krzyknąć deportował się tym razem z głośnym trzaskiem.

Najszerszą drogą chodzą najsłabsi, ale nie wiedzą, że jest najdłuższa.

Strach…

2 komentarzy

‘Znów coś się stało jak mniemam.’ – skwitował Lucius na widok Mae siedzącej na ogrodowej huśtawce z miną jeża którego *jednak* właśnie ktoś… No.
Usiadł po przeciwnej stronie. Dłonie oparł na lasce a na nich ułożył podbródek. Patrzył bez słowa w oczy kobiecie. Nawet nie mrugnęła.
‘Dobrze, że czasem jesteś wtedy kiedy powinieneś’ – szepnęła nie ruszając się.
Uśmiechnął się lekko.
‘Zawsze jestem.’ – powiedział – ‘Nawet kiedy mnie nie widzisz. Jestem bo…uzależnieni jesteśmy od siebie.’
‘Powiedz mi Lu…’
‘Tak?’
‘Czy ja naprawdę jestem okropną matką?’
‘Myślę, że jesteś zagubioną matką, której tak naprawdę nikt nie pokazał jak ma się tą matką być.’
‘Ale on jest nieszczęśliwy… Mówi o tym. Życie go przeraża. Byłam skończoną egoistką sprowadzając go na świat. Co mną kierowało do jasnej cholery?! Przecież nie znosiłam dzieci?!’
‘Nic nie dzieje się bez powodu.’
‘Nie chce żeby był nieszczęśliwy…Jest tak samo zagubiony jak …’
‘Ty?’
‘Tak…Chyba. Jego zagubienie jest większe bo jego świat jest mniejszy a uczucia bardziej żywe niż moje. On się uczy, dopiero. Ja już jestem skażona i wypaczona. On się zaraża. Żyjąc w toksycznych oparach niechęci, pretensji i rozbicia czuje brak gruntu pod nogami. On nawet nie miał dzieciństwa takiego jak mieć powinien. I nie mów mi, że inni mają gorzej. Inni to nie on. Ja bez niego nie umiem oddychać. I nie wiem jak mam go kochać by czuł się kochany. Staram się dać mu to, czego mnie odmawiano. Ale widać pomijam w tym cos bardzo ważnego.’
Lucius milczał.
‘Potrzebuję twojej pewności siebie. Twojego opanowania i zdecydowania. Musze zacząć kontrolować moje życie. One mają racje…’
‘Twoje przyjaciółki?’
Skinęła głową.
‘Mają rację. Powinnam szybko się wyprowadzić. Jeszcze tylko trochę długów do spłacenia i będę mogła to zrobić. Bo jeśli już raz odejdę, nigdy nie wrócę. Pewnie one myślą, że po prostu nie chcę nic zmieniać a tylko narzekam. Ale to nie prawda. Upadlam się trwając tutaj…ze strachu. Strachu przed odpowiedzialnością. Boję się stać kompletnie odpowiedzialna za siebie i jego. I może to jest najgorsze… ’
‘Kiedyś ten moment nadejdzie nieuchronnie. Chyba, że twoi rodzice mają kamień filozofów.’
Uśmiechnął się znowu.
‘Wiem, niepotrzebnie to odwlekam. Ze śmiercią też sobie nie radzę. Jestem kompletnie nieprzygotowana do życia. Lu, potrzebuję…odwagi.’
Westchnął a potem ku jej wielkiemu zdumieniu cicho wyszeptał:

‘Nie wolno się bać. Strach zabija duszę. Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie. Stawię mu czoło. Niechaj przejdzie po mnie i przeze mnie. A kiedy przejdzie, obrócę oko swej jaźni na jego drogę. Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic. Jestem tylko ja.’*

Pierwsza diamentowa łza potoczyła się na zielona trawę.
Smukłe, białe palce mężczyzny dotknęły jej i czas się zatrzymał.

*) Frank Herbert ‚DUNE’


  • RSS