maelen blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2006

Albo moj zdrowy rozsadek wreszcie sie obudzil albo wypalone swiece zaczely dzialac.
Mafia sie bardzo ocieplila w stosunku do mnie, ja zas dzis poczulam jak ustepuje to chore napiecie.
Nie, nadal uwazam, ze facet jest niesamowity. Tym bardziej, ze jakos tak rycersko sie zachowuje w stosunku do mnie.
Pomaga wysiadac z autobusu, otwiera mi drzwi, tak slodko do mnie mowi ‚Anuszka’ ;P
Oczka mi puszcza, proponuje ogrzanie pod swoja kurtka :D i takie tam drobiazgi.
Ale powinnam myslec a nie tylko czuc. Zatem zaczynam sie schladzac.
Z reszta w tym kraju to nie takie trudne. Maj mamy a tu temperatura 12 stopni. :/ w nocy 7. Tragedia. W zeszlym roku w marcu z krotkim rekawkiem biegalam.
Bedzie mi go brakowalo jednak, kiedy juz to wszystko minie.
Ma czarujacy usmiech. I cieple dlonie…

Z innych innosci.
Kupilam laptopa :D Soon, bedzie necik w domu i wtedy bedziemy stale w kontakcie.
Mam nadzieje.
To chyba by bylo na tyle.
CZuje sie troszke tylko nieszczesliwa.
Wszystko jest zmienne jednak.
Co nas nie zabije to nas wzmocni.

Kanal

3 komentarzy

Zakochalam sie. No musze sie przyznac, bo juz siebie samej oszukiwac nie sposob.
Zaduzylam sie, zakrecilam, stracilam glowe i tyle.
Beznadziejnie.
Nie moge z tym nic zrobic.
Zdrowy rozsadek…a co to takiego? Ja chyba nie mam, bo staram sie sobie wybic go z glowy ale nie udaje mi sie jakos.
Moge tylko trwac.
Moge patrzec. Moge dotknac.
Nie moge miec.
To jak umierajacemu z pragnienia, dac do potrzymania szklanke pelna wody. Krystalicznie czystej. Kuszacej…Niedostepnej…
I on nigdy nie dowie sie o tym co czuje.
Nigdy.
Moge tylko czekac na jego drobne gesty.
Sluchac komplementow i umierac…po cichu.
Glupia ja…

„Far Away”

This time, This place
Misused, Mistakes
Too long, Too late
Who was I to make you wait
Just one chance
Just one breath
Just in case there’s just one left
‚Cause you know,
you know, you know

That I love you
I have loved you all along
And I miss you
Been far away for far too long
I keep dreaming you’ll be with me
and you’ll never go
Stop breathing if
I don’t see you anymore

On my knees, I’ll ask
Last chance for one last dance
‚Cause with you, I’d withstand
All of hell to hold your hand
I’d give it all
I’d give for us
Give anything but I won’t give up
‚Cause you know,
you know, you know

So far away
Been far away for far too long
So far away
Been far away for far too long
But you know, you know, you know

I wanted
I wanted you to stay
‚Cause I needed
I need to hear you say
That I love you
I have loved you all along
And I forgive you
For being away for far too long
So keep breathing
‚Cause I’m not leaving you anymore
Believe it
Hold on to me and, never let me go
Keep breathing
‚Cause I’m not leaving you anymore
Believe it
Hold on to me and, never let me go
Keep breathing
Hold on to me and, never let me go
Keep breathing
Hold on to me and, never let me go
/Nickelback/

Zamieszczam oto niniejszym fragment czegos co wlasnie powstaje przy wspolpracy mojej kochanej ‚siostry’ Merle.
Zeby Wam sie zbytnio nie nudzilo kiedy mnie nie ma. :)

***

Pierwszy dotarł do niej zapach zwęglonego drewna, potem spalonego tłuszczu. I uczucie ciepła.
Merle otworzyła ostrożnie oczy. Światło zakłuło, ale roześmiała się i usiadła, zsuwając miękkie okrycie.
„Merlin!…”
Zastygła.
Naprzeciwko niej siedział mężczyzna w stroju łowcy albo wojownika uszytym z dziwnych połyskliwych materii i kawałków skór i zajadał ze smakiem coś, co teoretycznie mogło być zwierzęciem… ale miało zbyt wiele nóg… Mężczyzna patrzył na nią zaciekawiony, nie przerywając posiłku. Merle zaklęła w myślach.
Czuła, jak ślina napływa jej do ust, a żołądek zaczyna głośno domagać się, chociaż jednej koślawej kończyny przypalonego dziwadła.
„Czy mogę dostać kawałek?” spytała gestykulując; po kolejnej serii gestów jej towarzysz skojarzył.
I rzucił w jej stronę rodzaj harpuna.
Machnął ręką w stronę lasu. I pogonił ją gestem.
Merle otrząsnęła się ze zdziwienia i wstała powoli. Niepewnie sięgnęła po broń. Mężczyzna obserwował ją pałaszując kolejnego ‘wielonoga’. Maszerowała między drzewa, potykając się o pogięte gałęzie i korzenie, dopóki nie usłyszała zaniepokojonego krzyku za plecami. Obróciła się i usłyszała świst koło ucha. Po chwili poczuła pieczenie i łaskotanie kropli sunącej po policzku. Kolejny świst nie zaskoczył jej, zrobiła unik i wbiła harpun w nadlatującą ciemną kulę.
„Udało się! Upolowałam go! Upolowałam drania!” krzyknęła, podskakując z radości.
Szybko wróciła do ogniska i pomagając sobie ostrzem harpuna obnażyła… To nie było mięso, to wyglądało jak wielki jadalny kasztan; pachniało równie apetycznie. Na ostrzu wsunęła kawałek w płomienie tylko na tyle, żeby spalić ewentualne zarazki i szybko wsunęła kawałek do ust. Łowca doskoczył do niej, wyrwał jej resztę zdobyczy i odrzucił, potem złapał za głowę i palcem wydłubał z jej ust kawałek słodko-gorzkiego posiłku.
Merle zakrztusiła się, kiedy odzyskała oddech i przestała pluć z obrzydzenia, spojrzał na wściekłego człowieka, który pokazywał na głowę… Zrozumiała. W jego oczach była… Była głupia.
Rzucił jej resztkę swojego wielonoga z pogardą i mamrocząc coś w dziwacznym bełkotliwym języku odebrał harpun. Kobieta sięgnęła po poczęstunek. Mięso pachniało przyjemnie, ale bez soli i przypraw smakowało raczej podle. I śmierdziało. I powodowało silne pragnienie. Szczęśliwie nie tylko u niej, mężczyzna wlazł miedzy krzaki i przywołał ją. Odstraszył najpierw owady buszujące na powierzchni wody, potem zmącił ją patykiem – tuz pod powierzchnią błysnęły dziwne kształty. Dopiero wtedy odczekawszy chwilę, aż muł osiądzie na dnie zaczerpnął wody na liściu ułożonym w zagłębieniu dłoni. Merle naśladowała go we wszystkim. Kiedy ugasili pragnienie, stąpała niemal po jego śladach. Ruszyła za nim, kiedy zwinął legowisko. I szła trzymając się blisko aż do wieczora, kiedy znów rozbił obóz dla nich obojga.
Następnego dnia nauczył ją polować na wielonogi, kryjące się w zaroślach; trzeciego dnia sama oprawiła zwierzę i usmażyła swoja zdobycz; tak samo jak on zatrzymując skóry i kostki. Czwartego dotarli do małej wioski. Łowca nie zwracał już na nią uwagi. Aż do wieczora, kiedy głodna (nie polowali; on zamienił skórkę na posiłek tylko dla siebie) i spragniona zasnęła obok osuwając się na jego ramię. Mężczyzna okrył ją pledem i pogłaskał. Rano obudziła się wtulona w jego ramiona.
I wściekle głodna.

***

Na błękitnym i beztroskim do tej pory niebie pojawiły się najpierw drobne strzępki ciemnych obłoków, potem nieco większe, aż na koniec zbiły się niczym stado czarnych baranków w wielka czarną połać pochłaniającą błękit. Czerwone promienie opadającego słońca rysowały na czarnym niebiańskim potworze krwawe nieregularne kontury. Zapachniało wilgocią.
Zupełnie nieoczekiwanie powietrze rozdarła błyskawica uderzając w sam środek spokojnej łąki. Zapach wilgoci pomieszał się ze swądem spalonej ziemi i czymś metalicznym i bliżej nieokreślonym. Kiedy ostre światło znikło w miejscu gdzie uderzył piorun stała teraz postać ubrana w ciemnobrunatną pelerynę. Wiatr rozwiewał jej poły i odsłaniał suknię w kolorze czerwonego wina.
„W co Ty się znów wpakowałaś Maelen de Witch?” – powiedziała do siebie rozglądając się niespokojnie
„Proszę!” – wyszeptała zrezygnowanym głosem kobieta – „Merle gdzie mam Ciebie szukać?”
Jej wzrok padł na ślady obozowiska.
„Jasne, teraz zostanę tropicielem…” mruknęła do siebie z ironią.
Jednak nie musiała nikogo tropić. Z gęstwiny leśnej wyłoniła się, bowiem postać rosłego mężczyzny. Zatrzymał się gwałtownie i patrzył z ciekawością na otuloną ciemnobrązową peleryną kobietę. Wiatr rozwiewał jej poły ukazując ciemno bordową suknię. Czarne włosy tańczyły w nieładzie na jej twarzy. Mae nie poruszyła się czekając na reakcję przybysza. To z pewnością jego było to obozowisko.
Zrobił krok naprzód wynurzając się z cienia. Zachodzące słońce zadrgało w jego ciemnobrązowych włosach. Mięśnie napięły się pod skórzaną kapotą niebezpiecznie, grożąc niemal rozerwaniem tkaniny. Lekkim, aczkolwiek pewnym krokiem, niczym polujący drapieżnik zbliżył się do kobiety.

***
Bramy…Przeklęte Bramy Chaosu. Słyszała zawodzenie kosmicznego wiatru szalejącego tuż przy trzeszczących wrotach. Coś napierało z drugiej strony. Jeszcze moment i potężne zawiasy puszczą. Czuła, że kiedy stanie oko w oko z istotą znajdującą się po drugiej stronie wrót nastąpi koniec. Nie koniec jej istnienia. Choć to też. Nastąpi koniec absolutny. Pustka. Nicość. Przerażający całkowity brak wszelkiego istnienia…
Merle wrzasnęła i zerwała się – siadając nos w nos z czarnym koniem. Czuła każdym zmysłem śniony przed chwilą koszmar. Pod drugą ścianą stodoły, gdzie znaleźli schronienie, siedział łowca i dławił się ze śmiechu. Obok niego leżała sterta oskubanych skórek z nieznanych owoców, a mężczyzna bawił się kawałkiem wędzonego mięsa. Merle zaklęła dość soczyście i starła z twarzy resztki snu.
Jej kompan ani myślał się z nią czymkolwiek dzielić. Nie chciał też przehandlować niczego za jej skórki z wielonogów. Kobieta z trudem poruszyła skołowaciałym językiem. Zaczynała zastanawiać się, czy strawa tutejszego konia jest równie jadalna jak poczciwy owies i czy napicie się wody z jego poidełka będzie musiała przypłacić śladem po końskich zębach. Wtedy pod jej nos wsunął się bukłaczek. Pachniało z niego lekko sfermentowanymi winogronami.
Obróciła się – mężczyzna uśmiechał się szeroko świecąc bielutkim uzębieniem, którego autorstwa nie powstydziliby się najlepsi dentyści świata. Merle wyciągnęła dłoń, ale bukłaczek cofnął się. Mężczyzna taksował ją wzrokiem.
Machnęła ręką na oślep i bukłak wylądował na ziemi. A właściciel stał osłupiały. Nagle wykonał ten sam gest, trafiając Merle w twarz i rozcinając jej policzek. Kobieta również nie pozostała dłużna i natychmiast oddał cios – tego jej przeciwnik się nie spodziewał; wylądował na wznak na przeciwległej ścianie, uderzając głową o belki z głośnym trzaskiem gruchotanego drewna. Jakby czekając na ten znak Merle czmychnęła ze stodoły w przykryte lepką i wilgotną mgłą nieznane. Na oślep.

***

Łowca śmiejąc się z jej próby pokonania go kawałkiem brązowej witki, szarpnął kobietę silnie za włosy. Nie zważając na gwałtowną próbę protestu przyciągnął silnie do siebie, chwycił w pół a następnie przerzucił jak spory pakunek przez grzbiet stojącego nieopodal konia. Próba nawiązania werbalnego kontaktu spełzła na niczym. Żadne słowa zdawały się nie trafiać do tej góry mięśni. Nie widząc możliwości ratunku i nie mogąc dłużej patrzeć na uciekającą z pod końskich kopyt ziemię, Maelen zamknęła oczy i czekała na możliwość ucieczki, mamrocząc pod nosem przekleństwa.

***

Merle biegła przed siebie nie zważając na gałęzie boleśnie uderzające ją w twarz i ręce. Lawirując pomiędzy wysokimi drzewami starała się odnaleźć drogę do wioski a przede wszystkim jak najdalej uciec od ostatniego obozowiska. Rękawy sukni zaczepiały się o ostre fragmenty krzewów pozostawiając na nich barwne nitki. Wilgoć panująca w powietrzu otoczyła ją ze wszystkich stron, wdzierając się w płuca i utrudniając oddychanie. Ubranie stawało się coraz bardziej mokre, przez to ciężkie i krępujące ruchy. Po długim biegu zatrzymała się na chwilę, aby wyrównać oddech. Wykorzystała ten moment i rozejrzała się dookoła. Okolica przeraziła ją. Nigdzie nie było drogi czy jakiejkolwiek ścieżki. Las zamknął się za nią z każdej strony. Ciemne korony drzew tworzyły szczelny dach wysoko nad jej głową, tak, że nie była w stanie zobaczyć słońca i określić kierunku swojej drogi. Nie potrafiąc stwierdzić skąd przybyła i dokąd zmierza. Zrezygnowana, zmęczona i przestraszona osunęła na kolana. Przytuliła twarz do jednego z białych drzew i zapłakała cicho. ‚Obiecałeś, że będziesz czekać’ – szeptała przez łzy – ‚Wykorzystałeś mnie. Znowu. Nigdy ci nie zaufam’ – wtuliła głowę w ramiona i cicho szlochała nie mają siły uciekać dalej. Łzy mieszały się z krwią kapiącą z rozciętego policzka i kroplami wsiąkały w omszałą ziemię.

***
Mężczyzna z przewieszoną przez konia kobietą wjechał do wioski. Z drewnianych chat zaczęli wychodzić zaciekawieni łowcy. Mężczyzna wstrzymał konia. Sprawnym ruchem zrzucił Mae z siodła niczym upolowaną zdobycz. Kobieta była jednak na to przygotowana i wylądowała miękko na lekko ugiętych nogach. Wyprostowała się dumnie i poprawiwszy suknię spojrzała wyniośle na zsiadającego z konia mężczyznę.
Łowca odwrócił się, ściągając jednocześnie z siodła upolowaną wcześniej tego dnia zwierzynę. Grupa łowców otoczyła przybyłych przypatrując się Mae.
Mężczyzna odezwał się gardłowo. Język, w jakim przemawiał do reszty towarzyszy brzmiał ostro, tubalnie i kompletnie nie zrozumiale.
Ledwo zabrał głos, kiedy doskoczył do niego równie postawny, starszy mężczyzna i zaciskając znacząco usta wskazał z wrogością na Mae.
Łowca, który ją przywiózł uraczył ją pogardliwym spojrzeniem poczym bez pardonu złapał ją mocno za ramię i wepchnął do pierwszej z brzegu chaty. Drzwi zatrzasnęły się za nią z hukiem i kobietę otoczyła ciemność.
Przestrzeń wokół niej wypełnił zapach rozkładającego się jedzenia. Kwaśny odór potu i zgniłej kapusty. Skrzywiła się z obrzydzenia i mrużąc oczy próbowała przyzwyczaić wzrok do panującego mroku.
Zauważyła, że chaty nie miały okien a mocno spadziste dachy prawie dotykały ziemi. Z zewnątrz dobiegły ją odgłosy żywo prowadzonej dyskusji.
Kiedy wreszcie zaczęła rozróżniać kształty, skromnego jak zauważyła umeblowania, drzwi otwarły się ponownie i mężczyzna który ją przywiózł skinął na nią nakazując wyjście.
Zawahała się chwilę poczym powoli wyszła na zalany blaskiem plac przed chatą. Krąg łowców zacieśnił się niebezpiecznie. Kobieta odruchowo owinęła się ciaśniej peleryną. Łowcy kręcili z dezaprobatą głowami i szeptali coś między sobą, lecz jej porywacz zamknął ponownie w żelaznym uścisku jej ramię i szarpnął a jedyna oznaka buntu, na jaką mogła sobie pozwolić był krzyk bólu.
Wściekłość wzbierała w niej bardzo szybko. Nie mogła zrozumieć jak to się stało, że nie podziałało na niego zaklęcie.
Ponownie została wepchnięta do chaty. Innej, lecz tak samo nieprzyjemnie pachnącej. Tutaj jednak ogień płonący w kominku dawał więcej światła i widziała, że na skromne wyposażenie jednej izby składało się łóżko, obszerny stół jedno krzesło i coś, co pewnie miało być szafką, teraz jednak ginęło pod stertą skór i dziwnych bliżej niezidentyfikowanych resztek. Obok tej szafki stało drewniane wiadro, którego zawartości wolała nie dociekać. Mężczyzna obszedł ją dookoła rzucając upolowaną zdobycz na stertę zmierzwionych skórek. Wyraz jego twarzy bardzo jej się nie spodobał. Obserwowała go kątem oka a mięśnie napięły się jej niczym struna. Nagle znów złapał ją za włosy i szarpnął mocno przyciągając ją do siebie. Tym razem nie dała się zaskoczyć solidny kopniak pozbawił napastnika oddechu. Mae poczuła ostry ból w kolanie, które trafiło w twardy skórzany ochraniacz. Nie dość jednak twardy. Mężczyzna zachłysnął się i zgiął w pół. Próbował złapać oddech, ale bez skutku. Mae nie czekając na to aż napastnik dojdzie do siebie wybiegła z chaty na plac pośrodku wioski. Nie oglądając się za siebie gnała prosto w stronę lasu. Dopadła już pierwszych drzew otaczających wieś, kiedy za nią rozległ się ryk wściekłości.
Wskoczyła w leśne poszycie i potknęła się, co z pewnością uratowało jej życie, gdyż tuż koło ucha świsnęła jej strzała. Kobieta gnała przed siebie jak oszalała. Pomimo ostrego bólu w kolanie nie odwracając się biegła na oślep przeskakując rowy i przecinając, co jakiś czas ścieżki. Pościg był tuż.
Las stawał się coraz gęściejszy a jej zaczynało brakować tchu.
Zdała sobie sprawę, że jej ucieczka jest daremna. Oni byli łowcami, szkolonymi w polowaniach prawdopodobnie od dziecka. Stała się zwierzyną. Ta świadomość odebrała jej resztkę sił.
Zerknęła za siebie nie przerywając biegu.
Przeszkoda wyrosła na jej drodze nagle niczym deportowana. Miała burzę długich, płowych włosów związanych na karku rzemieniem i błękitne spojrzenie dużych oczu. Miała też twarde, napięte mięśnie pod lnianą koszulą, kolorem zbliżoną do jej peleryny i skórzaną kamizelę. Ciemno brunatne spodnie i wysokie, skórzane, równie ciemne buty dopełniały całości. Przeszkoda wyraźnie nasłuchiwała, kiedy Mae z impetem w nią uderzyła. Kobieta odbiła się i była by upadła gdyby przeszkoda, zwinnym ruchem górskiego kota, jej nie przytrzymała.
Mae spojrzała w błękitne oczy i rzuciła odruchowe ‚Przepraszam’ , po czym niczym wąż wywinęła się z uścisku wymijając ową zdecydowanie żywą choć niepomiernie zdumioną przeszkodę. Zrobiła to szybko i zwinnie, lecz udało jej się zrobić zaledwie kilka dodatkowych kroków, kiedy w jej głowie zabrzmiało zdecydowane ‚STÓJ!!’, prawie osadzając ją w miejscu. Prawie, bo zdołała zrobić jeszcze jeden krok. O jeden za daleko.
Zachwiała się na krawędzi głębokiego wykrotu. W desperackim geście rozpostarła ramiona by złapać równowagę. Ziemia osunęła jej się pod stopami i poczuła jak wciąga ją głębia rowu. Silny prawie pozbawiający ją oddechu uścisk wokół talii poderwał ją w górę. Tuż przed oczami zamajaczyły jej ostre kolce sterczące z dna wykrotu, poczym odpłynęły w dół. Kobieta wylądowała na trawie i opadłych liściach. Obok niej rosły mężczyzna z burzą jasnych włosów. Kilka pasem wymknęło się z pod ciasno zaplecionego rzemienia i niesfornie opadło mu na twarz.
‚Czyżbyś miała kłopoty?’ -ponownie zadźwięczało jej w głowie -’Aż szkoda, że jesteście takie bezrozumne…’
Dopiero dwie sekundy później dotarł do niej sens tych myśli.
Rozumiała go i to zaskoczyło ją tak bardzo, że dopiero po chwili zareagowała
‚Proszę?!!!’ – jej pełna oburzenia myśl trafiła go prosto a płowa grzywa poderwała się w górę i przeszyło ją błękitne spojrzenie nieznajomego
‚Jak śmiesz zwracać się do mnie w ten sposób???!!!’ – kolejna jej myśl poleciała bezpośrednio do jego umysłu. Mężczyzna patrzył jej w oczy bezgranicznie zdumiony. Jego twarz nie drgnęła nawet tylko źrenice zareagowały gwałtownym rozszerzeniem. Lecz nie zdążył odpowiedzieć na jej atak, kiedy na otaczającą ich polanę wypadła grupa mężczyzn z wioski.
Otoczyli ich, lecz na widok płowowłosego zatrzymali się w bezpiecznej odległości. Mae miała odciętą drogę ucieczki.
Spojrzała z utęsknieniem na przeciwny brzeg szerokiego wykrotu i w dół na usiane kolcami podłoże.
Płowowłosy wyprostował się dumnie kładąc dłoń na rękojeści zatkniętego za pasem ostrza. Z grupy wyszedł mężczyzna, którego przed kilkunastoma minutami solidnie upokorzyła kopniakiem.
Kolejna myśl mężczyzny błysnęła w jej umyśle:
‚Stój spokojnie’
Odruchowo złapała go za rękaw brunatnej koszuli i ukryła się za nim. Poczuła jak na ułamek sekundy jego czujność osłabła a mięśnie pod tkaniną drgnęły.
Mężczyzna z wioski wskazał na nią palcem i powiedział coś gardłowo.
Płowowłosy odpowiedział. Jego głos był niski, lekko zachrypnięty i przyjemnie ciepły. Choć ton, z jakim zwrócił się do łowcy nie był zbyt przyjazny.
Skoncentrowała się.
‚…moja! Oddaj!!!’ – usłyszała szyderczą myśl mężczyzny którego obezwładniła w wiosce.
‚Zdaje się, że Ci uciekła, zatem już do ciebie nie należy’ – odpowiedział jasnowłosy
‚Polujemy na nią…Jest moja!!! Oddaj!’ – warknął łowca
‚Nie nosi twoich znaków. Teraz ja ją upolowałem.’ – odparł jej wybawca
‚To my ją zagoniliśmy tutaj! Jest moja! Moi ludzie poświadczą, że należy do mnie!!! Oddaj wilku, bo…’ – w głosie mężczyzny z wioski dało się wyczuć groźbę, lecz gdyby to nie wystarczyło błysnęło ostrze wydobyte z ukrycia.
Mae straciła nadzieję. Jeśli wszyscy rzucą się na nich to koniec. Było ich chyba z piętnastu przeciwko…no właśnie ona nawet nie miała się czym bronić.
Płowowłosy zaśmiał się jednak ku jej ogromnemu zdziwieniu.
‚Zabijecie mnie?’ – zapytał z wyraźną kpiną – ‚Wiesz dobrze pariasie, że cała twoja wioska nie może się ze mną mierzyć’
Jego twarz spoważniała a błękit spojrzenia zmienił się w stalową szarość.
Mężczyzna z wioski spurpurowiał na twarzy i spróbował po raz ostatni
‚Jesteś na naszym terenie wilku !! Ona należy do nas!!’
‘Nie oddawaj mnie w ich ręce’ – wysłała mu w myślach. Mężczyzna odwrócił się gwałtownie patrząc jej prosto w oczy.
‘Oni mnie zabiją, ale nim to zrobią upodlą, sponiewierają. Proszę, jeśli możesz…nie oddawaj mnie w ich ręce. Raczej zabij od razu. Tu i teraz.’ – ciągnęła. Wcale nie chciała umierać, chciała przede wszystkim ratować Merle, jednak w tej sytuacji wolała zginąć niż wrócić z tą bandą przepoconych i cuchnących mięśniaków do ich wioski. Nie miała żadnej gwarancji, że ten mężczyzna okaże się inny, lecz sama niechęć, jaką wyczuwała w jego stosunku do łowców dawała nadzieję. No i ten przynajmniej nie cuchnął jak tamci.
‚Zatem kupię ją od was…’ – powiedział płowowłosy odwracając się z powrotem w stronę łowców, a widząc że ich przywódca chce się dalej targować dodał – ‚I dam wam dwa dni na usunięcie tych wilczych dołów zanim powiadomię Radcę’
Ten argument był bardzo przekonujący jak zauważyła Mae, bo mężczyzna z wioski spuścił z tonu.
‚Jest tylko jedna rzecz, którą za nią wymienimy?’ – powiedział łowca i szybko dodał:
‚Z tobą może nie wygramy, ale ją zdołamy zabić zanim nas rozgromisz’
Płowowłosy stał wyraźnie skonsternowany. Nagle gwizdnął przeciągle aż liście posypały się z drzew. Krąg mężczyzn otaczający ich załamał się w jednym miejscu, kiedy kary koń przeskoczył nad mężczyznami i wylądował miękko z głuchym stuknięciem kopyt o leśne runo. Zarżał z zadowoleniem i wstrząsając grzywą podszedł do swego pana.
Płowowłosy poklepał zwierzę po karku. Sięgnął do obszernej sakwy przytroczonej do jednego z końskich boków.
Kobieta musiała puścić teraz jego ramię, które nadal kurczowo ściskała. Płowowłosy spojrzał na nią i uśmiechnął się uspokajająco. Jego oczy miały znów błękitny odcień.
W dłoniach mężczyzny znalazł się piękna czarna skórka jakiegoś zwierzęcia. Cisnął ją w stronę łowcy. Ten chwycił ją zręcznie, oczy mu błysnęły, lecz już chwilę potem spojrzał na płowowłosego z pogardą.
‘Nic z tego’ – zaśmiał się – ‘Nie o taką mi chodzi’
‘Dam Wam takie cztery’ – po grupie zebranych na polanie mężczyznach przeszedł szmer. Przywódca łowców zawahał się wyraźnie. Widać skóra była bardzo cenna. Jednak ku ogromnemu zdumieniu zebranych łowca odmówił.
‘Nie, wilku. Jeśli chcesz kobietę musisz dać skórę wilka.’
Mężczyźni zdumieni spojrzeli na swego przywódcę. Widać było w ich oczach zaskoczenie jego śmiałością, na jaką się poważył. I ogromny z każdą chwilą rosnący szacunek.
Płowowłosy stał w milczeniu patrząc w oczy łowcy jak gdyby to, co usłyszał miało być jakimś żartem. I oczekiwał teraz na wybuch śmiechu. Ale nikt się nie zaśmiał. Zamiast tego łowca podniósł dłoń i sześć kusz uniosło się w górę mierząc prosto w przerażoną kobietę. Widziała odblask słońca w wycelowanych w nią grotach i czuła, że na każdym jest wypisane niewidzialnym piórem jej imię. Bezwiednie przysunęła się do płowowłosego mężczyzny i ponownie wczepiła w jego ramię. Poczuła na sobie jego spojrzenie. Kiedy ich wzrok się spotkał coś nagle się w niej zmieniło. Przestała się bać. Wyprostowała się dumnie i puściła jego ramię.
‘I tak mnie zabiją’ –posłała mu w myślach – ‘To była jakaś koszmarna pomyłka. Tyle razy już nam się upiekło. Chyba limit mojego szczęścia się wyczerpał.’
Mężczyzna słuchał jej myśli bez słowa patrząc w jej oczy, choć ona błądziła już wzrokiem po twarzach swych katów.
‘Nie jestem na sprzedaż.’ – powiedziała w końcu – ‘Raczej zginę’
‘Czas płynie’ – zawołał łowca –‘A moim ludziom cierpną palce’
Dodał z ironią.
Płowowłosy poruszył się nie spuszczając wzroku z Mae.
Coś błysnęło mu pod palcami i w zachodzącym słońcu ukazała się oczom kobiety śnieżnobiała skóra jakiegoś zwierzęcia. Potem mężczyzna popatrzył na trzymany w dłoniach przedmiot i przeniósł wzrok na łowcę. Skóra połyskiwała srebrzyście a przez zebranych przeszedł szmer zachwytu i…grozy.
Mężczyzna z wioski spojrzał z kpiną w oczy nieznajomego. Potem przeniósł pełne pożądania spojrzenie na trzymane przez mężczyznę futro.
Płowowłosy chwilę ważył skórę w dłoni. Delikatnie mierzwiąc jej srebrzyste futro. Popatrzył w oczy Mae jak gdyby upewniając się, że jest warta swojej ceny. Chwilę wahał się nagle cisnął jednak skórę prosto w stronę łowcy. Ten chwycił ją zręcznie i z namaszczeniem gładząc futro szepnął z satysfakcją:
‚Jesteś głupcem. Ta kobieta nie jest tyle warta, ale jak chcesz, to twoja skóra… wilku’ – ostatnie słowo wywarczał z niechęcią jak gdyby stanowiło najgorszą obelgę. Skinął na swoich towarzyszy i mężczyźni zaczęli znikać w zaroślach.
‚Wilcze Doły mają zniknąć, pariasie!’ – krzyknął za odchodzącym łowcą jej wybawca. Tamten obdarzył płowowłosego pogardliwym spojrzeniem, lecz nie zbierał się do odejścia.
Patrzył z nienawiścią na Mae.
Chcąc nie chcąc kobieta pozwoliła usadzić się na wierzchowcu.
Poczuła przenikliwy ból w kolanie, lecz nawet się nie skrzywiła.
Płowowłosy zwinnie wskoczył na siodło tuż za nią. Koń chrapnął i odwrócił nerwowo głowę obserwując intruza, jakim niewątpliwie była. Mężczyzna pochylił się by poklepać koński kark. Jego policzek dotknął szyi Mae. Poczuła, nie wiedzieć, czemu, że zaczyna się rumienić.
‘Masz cztery dni kundlu.’ – zawołał łowca z tryumfem – ‘Kiedy zacznie się pełnia zapoluję na ciebie.’
Płowowłosy nie odpowiedział. Ściągnął końskie cugle i zawrócił zwierzę w miejscu. Mae przestraszona gwałtownym ruchem wierzchowca odruchowo objęła mężczyznę. A kiedy spiął konia, który płynnie wzbił się w powietrze przeskakując wilczy dół, krzyknęła i schowała twarz w brunatną koszulę. Poczuła tylko pewniejszy uścisk wokół własnej talii.
„HEYAH!!” – krzyknął mężczyzna poganiając zwierzę do biegu.

***

Merle spojrzała na surowe mięso i odłożyła je. Otarła krople deszczu płynące po czole już ciągłą strugą i otuliła kolana niewielkim błamem pozszywanym ze skórek kudłatych wielonogów. Po chwili medytacji ukryła w ramionach głowę i zaczęła szlochać bez opanowania.
Kiedy się wyprostowała, ujrzała czarnego konia o cienkich nogach i mokrej, ale wypielęgnowanej grzywie i łbie ozdobionym misternie plecioną uprzężą. Niepewnie spojrzała w górę na jeźdźca, który dosiadał wierzchowca.
Zamarła.
Młody człowiek o śniadej skórze i czarnych długich włosach wpił w nią czarne lśniące oczy. Z jego ramion spływał czarny płaszcz z gładkiej skóry, podbity delikatnym grafitowym futerkiem, okrywający kaftan w ciemny deseń do złudzenia przypominający smoki i kwiaty.
Skinął ręką w czarnej rękawicy i dwóch mężczyzn podniosło Merle i usiłowało skłonić, by uklękła. Rzucił coś ostro – odsunęli się natychmiast. Wyciągnął do niej rękę; ale kobieta nie drgnęła, póki łagodnym tonem i ukłonem nie potwierdził zaproszenia. Wahała się krótko; dwaj słudzy podsadzili ją i znalazła się w ciepłych ramionach nieznajomego. Przylgnęła do niego i oparła głowę na męskim ramieniu, jedną ręką łapiąc za siodło przed sobą, drugą zatapiając w przytulnym cieniu skórzanego płaszcza. Ruszyli stępa w drogę. Podróż trwała zapewne parę godzin, nim zatrzymali się w wiosce na postój. Merle przyglądała się niespokojnie chałupie krytej grubym dachem z trzcin i słomy i wierciła niespokojnie. Mężczyzna zsiadał pierwszy, ale Merle obróciła się tak niezgrabnie, ze jeździec zahaczył pasem o jej suknię. Suknia trzasnęła nieco i gdyby nie jego siła i zręczność, pewnie kobieta skończyłaby pół obnażona. Szczęśliwie zatrzymał się z całej siły wspierając o siodło. Merle z zażenowanym uśmiechem przeprosiła go, mając nadzieję, że jej nowy opiekun zrozumie pokojowe intencje.
Zapewne tak było, bo roześmiał się jedynie i z wdziękiem poddał ramię, by łatwiej mogła zsiąść. Gdy stanęła na ziemi, skrępowana obejrzała rozdarcie w zniszczonej i tak sukni, a stwierdziwszy, że nie jest ono kompromitujące, podążyła przodem. Mijając mężczyznę uśmiechnęła się do niego promiennie, ledwie powstrzymując się od rzucenia z wdzięczności na szyję – na brzuchu czuła rozkoszny chłód dotyku metalu właśnie skradzionego ostrego sztyletu…

***

Jechali aż ciemność całkowicie nie zaległa nad ziemią. Głowa Mae kiwała się już niebezpiecznie na boki ze zmęczenia. Chciała jednak za wszelką cenę uniknąć wsparcia o szeroki tors mężczyzny. Był i tak zbyt blisko jak na nieznajomego. Czuła jak pracowały mu mięśnie pod skórzaną kamizelką. I łapała się na tym, że nie potrafi się skupić na opracowaniu planu dalszego działania. Zdała sobie wręcz sprawę, że przebywanie w jego towarzystwie jest bardzo…przyjemne. Nie należał do tych nieziemsko przystojnych mężczyzn, którzy zwykle przykuwali uwagę. Miał ostre rysy. Odnosiło się wrażenie, że ktoś wyciosał kontur jego twarzy zdecydowanymi cięciami dłuta. To nadawało jej surowy wygląd. I tylko błękit spojrzenia był łagodny i wygładzał ściągnięte teraz w zdecydowaniu oblicze. Mężczyzna pachniał przyjemnie lasem. Rozgrzaną w słońcu skoszoną trawą, rumiankiem i górskim strumieniem. Zamknęła oczy. Otwarła je w momencie, kiedy zsuwała się z konia prosto w ramiona płowowłosego. Rozbudziła się natychmiast i napięła mięśnie ramion usiłując odepchnąć go od siebie. Zdała sobie jednak sprawę, że albo jest zbyt zmęczona albo mężczyzna zamiast ramion ma żelazne obręcze, bo nie była w stanie odsunąć się nawet o milimetr.
‚Spokojnie’ – usłyszała znów w myślach – ‚Odpoczniemy tutaj’
Pozwoliła postawić się na ziemi. Mężczyzna wrócił do konia i zaczął rozpakowywać juki.
Stała w ciemności wsłuchując się w odgłosy nocy.
Zastanawiała się, co on widzi w tych ciemnościach. Poczuła bardziej niż zobaczyła, że wyminął ją zręcznie nawet nie dotykając i po chwili usłyszała trzask łamanych gałęzi. Kolejne sekundy wypełnione szelestem, skrzypieniem i trzaskami.
‚Usiądź tam’ – usłyszała w głowie
‚Gdzie?’ – odpowiedziała w myślach
‚Na tej kłodzie’ – padła odpowiedź
‚Nic nie widzę, tu jest ciemno’ – jej zirytowana myśl dosięgła jego umysłu
Poczuła delikatny uścisk na ramionach i podskoczyła przestraszona, bo w tych ciemnościach nie dostrzegła jego ruchu. Mogła jednak przysiąc, że bawi go ta sytuacja. Czuła, że nie wiedzieć jak, ale on w tych ciemnościach widział doskonale. Poczuła dotyk drewna przez materiał sukni i pozwoliła się usadzić na drewnianej kłodzie.
Mężczyzna wrócił do trzaskania, szeleszczenia i ogólnego robienia hałasu w nocnej ciszy. Kilka sekund później błysnęło i nikły płomyk pojawił się w dłoniach mężczyzny. Po kolejnych kilku minutach ogień zajął pokaźny stos drewna. Mężczyzna podniósł głowę i spojrzał w oczy Mae.
Na moment serce przestało jej bić. Jego oczy… zalśniły blaskiem jak u kota albo…wilka. Fosforyzującym zielonym blaskiem. Uśmiechnął się na widok jej miny. Miał śnieżnobiałe zęby z wyraźnie zaznaczonymi kłami.
Patrzyła na niego przerażona a jej myśl wysłała nieme pytanie:
‚Kim jesteś?’
‚Nie bój się’ – padła odpowiedź – ‚Jestem…’
Zawahał się wyraźnie. W jego spojrzeniu dostrzegła niepewność i coś na kształt obawy. Przyglądał jej się długo, jak gdyby próbował poznać całe jej życie wyczytując je z jej spojrzenia. W końcu westchnął jak gdyby zrzucił wielki ciężar.
‘Jareth’ – dokończył jednak i Mae była pewna, że wyznanie jej swojego imienia, naprawdę dużo go kosztowało.
‘Miło mi cię poznać Jareth’ – zaczęła – ‘Ja jestem…’
‘Nie!’ – przerwał jej ostro podrywając się z ziemi. W jego oczach dostrzegła błysk czegoś, co mogło być gniewem lub strachem.
‘Nie wolno ci zdradzić mi swego imienia’ – wyjaśnił łagodniej
‘Dlaczego?’ – nie mogła powstrzymać pytania
‘Takie jest prawo’ – wyjaśnił krótko
‘Nie rozumiem…’
Mężczyzna westchnął, lecz nie odpowiedział. Zapadło krepujące milczenie.
‚Twoje oczy…’ – poszybowało w jego stronę stwierdzenie, nie pytanie
‚Jestem człowiekiem’ – padła odpowiedź, lecz Mae nie czuła się usatysfakcjonowana.
‚Kim jesteś ty?’ – zadrgała w niej jego myśl.
Patrzyła mu w oczy nie odpowiadając.
‚Jak to jest, że potrafisz rozmawiać bez słów?’ – zapytał nie spuszczając wzroku
Nadal milczała. Nie wiedziała czy zna pojęcie czarownica. Magia w tym świecie zdawała się nie mieć żadnych mocy.
‚Z jakiego jesteś plemienia?’
‚Plemienia?’ – zapytała
‚W naszym świecie są tylko dwa rodzaje dwunogich istot. Rozumne i dzikie. Dzikie nie porozumiewają się ze sobą. Nie potrafią też nawiązać kontaktu z nami, choć wyglądają jak my a nawet czasem ubierają się jak my.’
Słuchała z uwagą, więc ‚mówił’ dalej.
‚To szczepy samic…kobiet.’
‚Zaraz…chcesz powiedzieć, że w twoim świecie kobiety są istotami bezrozumnymi jak…?!’ -szukała odpowiedniego słowa
‚Powiedziałbym raczej, że są jak…zwierzęta’
Chyba zaczęła się denerwować. Przyszło jej bowiem nagle do głowy, że on traktuje ją nie jak człowieka a jak wytresowane zwierzątko.
Chyba odczytał jej myśli, bo powiedział
‚Zdarza się, że dają się oswoić. Uczą się mówić i wykonują czynności, których się nauczą, ale w większości są dzikie. Łowcy polują na nie w celu podtrzymania gatunku.’
Przerwał przyglądając jej się badawczo.
Potem znów dotarło do jej umysłu:
‚Ty jesteś dzika i nie jesteś…Kim jesteś? Nie nosisz symboli plemiennych…’
‚Jeśli masz na myśli to czy jestem tresowana czy nie to muszę cię rozczarować!’ – wyrzuciła mu mentalnie i wstała gwałtownie.
‚Nie chciałem Cię urazić’ – poderwał się również a z ogniska, które płonęło już jasno strzelił snop iskier.
‚Nigdy nie rozmawiałem z kobietą z poza klanu’ – napiął się tak jak gdyby chciał ją zaatakować, gdyby spróbowała odejść w mrok za plecami – ‚Każda oswojona kobieta należy zawsze do wodza. Kim zatem jesteś? Skąd przychodzisz? Gdzie Twoje plemię? Kto nauczył Cię rozmawiać myślami?’
Klapnęła ciężko na drewniany pień. Miała ochotę uciec, ale spojrzenie mężczyzny przekonało ją, że on naprawdę nie miał o niczym pojęcia.
‘Czy to dlatego nie wolno ci poznać mojego imienia?’ – zapytała, na co on skinął głowa i wpatrzył się w ogień.
‘Moim obowiązkiem jest oddać cię władcy. To on pozna twoje imię i przyłączy do klanu. Zostaniesz kolejną żoną.’
‘Żoną?!’ – wykrzyknęła i znów się zerwała – ‘Nie będę niczyją żoną! Nie jestem niczyją własnością!! Jak śmiecie decydować o moim losie? Co to za średniowiecze??!!’
Miotała się wzdłuż drewnianej kłody a Jareth który również wstał obserwował ją czujnie i przepraszająco.
‘Takie jest prawo’ – powiedział kiedy spojrzała na niego w nadziei, że jej wywód cokolwiek zmieni.
Westchnęła.
‘Wasze prawo mnie nie dotyczy’ – warknęła nieuprzejmie
‚Głodna jestem…nie chce mi się wszystkiego wyjaśniać…’ – wysłała mu w myśli – ‚Nie jestem niczyją tresowaną samiczką. Czytania myśli nie można się od tak nauczyć… To dar. Nie należę do żadnego z waszych plemion… Nie należę nawet do waszego świata…’
Cisza, jaka nastała wokół była niezwykła. Nie obchodziło jej, jakie myśli krążą teraz w głowie Jareth’a. Chciała spać. Chciała coś zjeść, ale najbardziej chciała jednak zasnąć i obudzić się we własnym łóżku. We własnej znanej rzeczywistości.
‚Nie rozumiem’ – zabrzmiało jej w głowie. Popatrzyła na mężczyznę zrezygnowana.
‚Nie umiem Ci tego inaczej wytłumaczyć. Przybyłam za pomocą…magii, czarów…nie wiem czy znasz takie pojęcia bo moja magia w twoim świecie nie działa. Boję się, że nie będę umiała wrócić…’
‘Wierzę, że przybywasz z poza czasu. Wiedziałem to już tam na polanie.’ – powiedział
‘Wiec jak? Skąd?’ – zaskoczenie sprawiło, że nie potrafiła sprecyzować pytania. Mężczyzna uśmiechnął się tylko
‘Ktoś przewidział twoje przybycie’
‘Tak? Kto? A skoro wiedziałeś to, po co te pytania?’ – zaatakowała go
‚Po co przybyłaś?’ – zapytał ignorując jej ton
‚Szukam przyjaciółki. Z mojego świata. Ma jasne włosy podobne do Twoich… Była w zielonej sukni w smoki…wiesz co to smok?’
Teraz on spojrzał na nią jak gdyby go obraziła
‚Widziałeś ją może?’ – patrzyła na niego z nadzieją lecz pokręcił głową
‚Muszę ją odnaleźć…Pomożesz mi?’
Jareth spojrzał na nią z powagą.
‚Muszę dowieźć cię do mojego pana.’
Odwrócił się w mrok i zniknął tak szybko, że nie zdążyła krzyknąć. Koń pasł się tuż na obrzeżu spowitej w blasku ognia polany. Mae usiadła na powrót na kłodzie i zapatrzyła się w ogień.
‚Kolejne wariactwo’ – pomyślała. Wiedziała, że nie pozwoli się zamknąć. Już prędzej ucieknie w mrok tego dziwacznego powykręcanego świata. Ale…może jutro. Dziś jest już zbyt zmęczona. Potem zwinęła się tuż obok kłody i otuliwszy peleryną próbowała zasnąć. Blask dodawał jej poczucia bezpieczeństwa a pasące się tuż obok spokojne zwierzę utwierdziło ją w przekonaniu, że nic jej nie grozi.
Zbudził ją zapach.
Noc była jeszcze głęboka a ona miała wrażenie jak gdyby dopiero, co zamknęła oczy. Usiadła. Jareth podszedł do niej i bez słowa i wręczył patyk, na którym skwierczało aromatycznie pachnące mięso.
‚Dziękuję’ – pomyślała i natychmiast dodała – ‚Ale nie mów mi, co to jest’
Uśmiechnął się błyskając kłami.
‘Kto przewidział, że się zjawię?’ – zagadnęła
‘Wieszczka’ – odparł i wgryzł się w kolejny kawałek mięsa. Patrzyła jak pracują mu mięśnie szczęki i nie mogła się oprzeć wrażeniu, że oto siedzi przed nią drapieżnik w ludzkiej skórze.
‘Kim jest Wieszczka? Czy to jakaś czarownica?’ – zadała kolejne pytanie
‘Kto?’ – Tym razem on się zdziwił
‘Kobieta władająca magią’ – wyjaśniła
‘Magia…’ – zdawało się, że się zamyślił
‘Tak wieszczka zna magię, ale nie wiem czy potrafi jej użyć. Jest bardzo mądra. To jedyna kobieta, która zachowała mądrość.’
‘Jak to?’ – zapytała zdziwiona Mae
Lecz Jareth podniósł dłoń nakazując jej milczenie. Nasłuchiwał trochę, lecz chwilę później zabrał się już spokojnie za sprzątanie po kolacji.
Kiedy najedzona ponownie oparła się o kłodę, mężczyzna podszedł do juków i wyciągnął kolejne zwinięte futro. Pomimo niewielkich rozmiarów, zawiniątko kryło obszerny pled z czarnych jak heban skórek.
Podszedł do niej i sadowiąc się tuż przy kobiecie rozwinął ogromne futrzane okrycie.
*
‘Połóż się tutaj. Będzie ci ciepło’ – powiedział
Podeszła i ułożyła się wygodnie a on otulił ją futrem i odszedł w stronę ognia. Sądziła, że wyjmie z juków drugi pled i sam się położy, lecz on usiadł tam gdzie poprzednio siedziała ona i założywszy ręce na piersi przymknął oczy.
Uniosła się na łokciu i popatrzyła na niego.
‘Będziesz tam spał?’ – zapytała
Otworzył oczy i spojrzał na nią zdziwiony
‘Tak’ – oparł krótko
‘Ale…noc będzie zimna. Zmarzniesz.’
‘Będę pilnował ognia. Śpij już kobieto.’ – uciął i znów zamknął oczy
‘Masz jeszcze jakiś pled?’ – nie dawała za wygraną
‘Nie jest mi zimno’ – padła odpowiedź, choć mężczyzna nie otwierał oczu
‘Jak chcesz’ – dodała urażona i zwinęła się w kłębek
Zdawało jej się, że leży tak już pół nocy nie mogąc zasnąć. Gdzieś huknęła sowa i Mae podniosła głowę.
Okazało się, że jednak przysnęła.
Ogień prawie już dogasał a Jareth drżał przez sen. Ciężko było jej wysunąć się spod ciepłego futra. Zrobiła to bardzo niechętnie.
Nie zrzucając z grzbietu okrycia podeszła do ognia. Dorzuciła kilka gałęzi zebranych wcześniej przez Jareth’a. Ogień powoli zaczął lizać drewno i po chwili nikły blask oświetlił śpiącego mężczyznę. Widać było, że ciepło dosięgło jego zziębniętego ciała, bo przestał się trząść.
Mae obserwowała go chwilę jak gdyby rozważając następne posunięcie. Potem cicho podeszła i usiadła tuż obok niego okrywając go futrem.
Ogień grzał jej twarz. Ramię mężczyzny, które wyczuwała pod pledem też rozgrzało się niczym piecyk.
‘Mam na imię Mae…’ – szepnęła w ucho śpiącego mężczyzny
Niedługo potem głowa jej opadła na bok i spoczęła na jego barku. Zasnęła.
Obudził ją szorstki dotyk drewna.
Noc jeszcze stała nad światem, choć słychać już było pierwsze odgłosy nadchodzącego świtu.
Jareth siedział przy ogniu i wyglądał na wściekłego.
‘Nigdy więcej tego nie rób’ – warknął zamiast dzień dobry
‘Czego?’ –zapytała
‘Nie wolno ci zbliżać się do mnie.’ – powiedział naprawdę wściekły
‘Marzłeś. Przepraszam, jeśli cię uraziłam.’ – odfuknęła obrażona. Mężczyzna jednak nie odpowiedział.
Dzień wstał blady i mglisty. W milczeniu zjedli kolejny skromny posiłek składający się z resztek wczorajszej kolacji i kilku świeżo zerwanych przez Jareth’a owoców. Następnie mężczyzna zgasił dokładnie ogień i zwinął całe obozowisko do przytroczonych do konia juków.
Kiedy Jareth podszedł by posadzić Mae na końskim grzbiecie odsunęła się zdecydowanie.
‘Pójdę pieszo. Przecież nie wolno mi się do ciebie zbliżać.’ – ironia sączyła się z jej myśli
Odwróciła się mając zamiar spełnić swoje słowa, lecz Jareth złapał ją mocno za ramie. Dokładnie w miejscu gdzie poprzedniego dnia zrobił to łowca. Krzyknęła z bólu i spojrzała na mężczyznę z wyrzutem.
Jareth bez słowa puścił jej ramię, a ona bezwiednie starała się rozmasować bolące miejsce, co tylko pogarszało sytuację.
‘Nie możesz iść pieszo. Nie mamy czasu na spacer. Niedługo pełnia.’ – spojrzał w niebo jak gdyby potrafił dostrzec księżyc w pełnym blasku dnia.
‘Co z tego? Nie jedną już przeżyłam. Ale skoro się spieszysz, proszę bardzo. Jedź przodem.’ – czuła, że chyba zaczyna przesadzać i mężczyzna rozgniewa się nie na żarty. Ale tkwiło w niej to, co powiedział jej poprzedniego wieczora. Kobiety to bezmózgie istoty. Ona mu pokaże bezmózgą istotę. Nikt nie będzie jej rozkazywał. I już nigdy nie zrobi, żadnego przyjaznego gestu. Bez łaski. Niech sobie marznie.
‘Ty nie rozumiesz…’ – zaczął łagodnie
‘To mi wytłumacz. Chyba, że sądzisz, że jestem tak głupia, że nic nie zrozumiem.’
Spojrzał na nią z takim smutkiem w oczach, że zrobiło jej się przykro.
‘Nie ruszę się stąd dopóki nie powiesz mi, o co tu chodzi.’ – dodała już łagodniej
‘Nie mamy na to czasu. Proszę…’ – wyciągnął dłoń w jej stronę – ‘Opowiem ci po drodze.’
Zmierzyła go wzrokiem szukając podstępu, lecz nie znalazłszy go pozwoliła się usadzić na końskim grzbiecie. Jareth wskoczył za nią i wyruszyli.
‘Słucham, zatem. Opowiedz mi o tym miejscu i dlaczego traktujesz mnie jak jakiś towar’ – powiedziała zaczepnie
‘Jesteś częścią stada. Nie traktuję cię jak towar.’
‘Jakiego stada? Co ty mówisz? Zrozum, że nie jestem stąd. Znajdę to, czego szukam i odejdę tak jak przyszłam.’
‘Nie możesz odejść.’ – powiedział poważnie patrząc jej w oczy.
‘Nikomu nie uda się mnie powstrzymać mój drogi’ –odpowiedziała również z powagą
Długo jechali w milczeniu. W końcu Mae znów się odezwała.
‘Zatem opowiedz mi co to za miejsce?’
‘Nie wiem skąd przybywasz. Ale wyjaśnię ci, jeśli chcesz.’ – zaczął
‘Jesteśmy w lasach na Ancestrall. To ziemia łowców. Niedługo wkroczymy na ziemię Radcy Sathu. Sath to moja ojczyzna. Tam się urodziłem i wychowałem. Tam służę memu panu i tam miałem umrzeć.’
‘Co to znaczy „miałem”? Zmieniłeś zdanie?’ – zapytała z uśmiechem bo to wydało jej się zabawne, lecz mężczyzna nie odwzajemnił uśmiechu. Spojrzał na nią z powagą.
‘Wykupiłem cię z rąk łowców dla mego pana. Zapłaciłem wysoką cenę, choć nie…nadal ją płacę.’
‘Skoro jestem takim ciężarem to trzeba było mnie zabić kiedy o to prosiłam.’ – głos załamał jej się nieznacznie. Szybko więc zmieniła temat.
‘A właściwie, dlaczego tak nie lubisz tych łowców?’
‘To długa historia i czas nie po temu by prowadzić taką rozmowę. Jeszcze jesteśmy na ich terenie i powinniśmy być czujni.’
Jak gdyby czekając na te słowa gdzieś z głębi lasu świsnęła strzała i drasnęła ramię mężczyzny.
Mae krzyknęła, lecz Jareth poderwał konia do biegu. Gnali, co koń wyskoczy, a kobieta miała wrażenie, że nie przeżyje tej jazdy. Nie wiedziała jak długo jechali. Czuła już każdy milimetr swojego ciała od ciągłych wstrząsów. Nie była przyzwyczajona do jazdy na oklep. Brak oparcia w stopach potęgował katorgę jazdy. W końcu wjechali na dużą polanę, na której stało samotne drzewo. Bez wątpienia było to drzewo, choć całkowicie pozbawione korony. Wyglądało to jak palec wyciągnięty w niebo. Drzewo nie było stare ani martwe. Lecz ani jeden młody pęd nie wypuszczał się z jego pnia.
Kiedy podjechali bliżej Mae poczuła metaliczny zapach magii.
‘To nie możliwe’ – pomyślała – ‘Magia tutaj nie działa’
‘Skąd wiesz?’ – usłyszała w swej głowie – ‘Podobno nie jesteś stąd?’
Patrzył na nią czujnie. Lecz już chwilę później odwrócił się w siodle by sprawdzić czy nie ściga ich pogoń.
‘Idą za nami’ – powiedział jak gdyby do siebie – ‘Wkrótce zaczną polować’
Mae spojrzała na miejsce, w którym przeszła strzała. Czerwony aksamit krwi lśnił na lnianej koszuli.
‘Jareth!’ – wysłała mu krótką myśl a kiedy mężczyzna popatrzył na swoje ramię powiedział
‘To nic. To było tylko ostrzeżenie. Oni prawie nigdy nie chybiają’
‘Ale musimy się zatrzymać i opatrzyć ci ranę!’
‘Już niedługo się zatrzymamy. Jesteśmy na granicy. Nie wejdą od razu za nami na teren wilków’
‘Ale…’ – próbowała zaprotestować, lecz mężczyzna spiął konia i znów ruszyli galopem.
Kolejny wieczór zbliżał się nieubłaganie.
Kiedy wreszcie się zatrzymali szarość zmierzchu wychylała się już spomiędzy drzew. A pierwsze pasemka mgły snuły się leniwie w poszyciu. I tak jak poprzedniego wieczora Jareth od razu zabrał się za rozpalanie ognia. Nie bacząc na to, że idzie za nimi pościg.
‘Wysyłasz im sygnał gdzie jesteś?’ – zapytała ironicznie.
Spojrzał na nią nie rozumiejąc w pierwszej chwili, potem potrząsnął głową
‘Jeszcze jesteśmy bezpieczni.’
‘Właśnie widzę’ – wskazała na jego ramię – ‘Pokaż mi to.’
Podeszła by zerknąć na ranę, lecz on odsunął się gwałtownie.
‘Poradzę sobie’ – powiedział szybko
‘Nie wątpię herosie.’ – odwarknęła i odwróciła się urażona plecami do niego.
‘Przepraszam’ – usłyszała – ‘Nie chcę…nie mogę…nie powinnaś mnie dotykać’
Popatrzyła na niego ze ściągniętymi brwiami.
‘Dlaczego? Jesteś toksyczny?’
‘Nie’ – żachnął się a lewy kącik ust uniósł mu się w uśmiechu
‘Nie należysz do mnie…’
‘Nie należę do nikogo.’ – ucięła – ‘Pokaż to i nie bądź dzieckiem’
Jej zdecydowanie zaskoczyło go na tyle, że pozwolił wyswobodzić się z koszuli.
‘Potrzebujemy wody i…rumianku’ – powiedziała
‘Czy możesz znaleźć to pierwsze? Ja poszukam ziół.’ – odwróciła się nie czekając na odpowiedź.
‘Znasz się na ziołach? Jesteś wieszczką?’
‘Kim?’
‘Wieszczką, Kobietą Mocy?’
‘Nie, pewnie nie taką jak masz na myśli. Ale trochę znam się na roślinach. Prawdę mówiąc czasem sama nie wiem, kim jestem’- ostatnie słowa miały być tylko dla niej, lecz odebrał je telepatycznie. Obserwował ją chwilę czujnie, potem zniknął w poszukiwaniu wody.
Nie musiała szukać daleko. W kępie pobliskich traw znalazła nawet ziele krwawnika. Rumianek rósł trochę dalej wokół gromadki brzóz. Teraz miała okazję przyjrzeć się trochę otaczającemu ją światu. W zasadzie niczym nie różnił się od jej świata, tyle, że tutaj jak gdyby zatrzymał się czas. Nie było nawet śladu miast, czy dróg takich, jakie znała. Poruszali się głównie ścieżkami przechodzącymi niekiedy w bity gościniec. Potem znów zagłębiali się w las. Wtedy jechali wolniej i Mae mogła odpocząć. Lubiła jazdę konną, ale wtedy zwykle miała na sobie jeansy a nie niewygodną suknię. Co ją pokusiło, żeby pójść na poszukiwania Merle tak jak stała? Bez bodaj paczki zapałek w kieszeni??!!
Kiedy wróciła do obozowiska Jareth właśnie zagrzewał wodę w dziwacznym naczyniu przypominającym glinianą miskę. Spojrzał na kobietę z ukosa. Odwzajemniła to spojrzenie. Podeszła do niego i przykucnęła obok. Raz jeszcze obejrzała ranę. Potem na znalezionym opodal kamieniu roztarła zioła na papkę. Kiedy woda była już wystarczająco ciepła nie patrząc na niego wrzuciła do miski garść zebranych ziół i wróciła do ucierania ziołowej papki. Mężczyzna obserwował ją bez słowa. Mae podeszła do niego z przygotowaną miksturą.
‘Pozwolisz?’ – wysłała mu w myślach patrząc prosto w oczy. Skinął głową. Podczas kiedy ona ucierała zioła on przygotował paski materiału na opatrunek. Teraz kobieta przemyła ranę naparem z roślin i jeszcze raz przyjrzała się jej.
‘Coś nie tak?’ – usłyszała
‘Nie, sprawdzam, czy nie była zatruta.’ – odpowiedziała i zabrała się za nakładanie oleistej papki. Kiedy skończyła owinęła wszystko paskami materiału i dokładnie związała.
Potem podniosła się i zapytała:
‘Gdzie ta woda? Muszę się umyć’
Wskazał tylko dłonią kierunek i nim zdążył coś dodać ona już znikła w zaroślach.
Jareth stał i wpatrywał się w założony opatrunek. Dotknął go palcami. Był ciepły. I idealnie założony. Rana przestała boleć chwilę potem.

Mae znalazła niewielki potok i czym prędzej pochyliła się nad lodowatą taflą wody. Zanurzyła dłonie w bystrym nurcie i nabierając jej pełne garści ukryła w niej twarz. Czuła się tak jak gdyby miała gorączkę. Zimna woda sprawiła, że dostała wypieków. Kawałek dalej potok przechodził w głęboką zatoczkę by ginąć gdzieś tuż bod ściana ogromnego skalnego bloku.
‘Pięknie tu.’ – pomyślała – ‘Jeszcze tylko wodospad by się przydał.’
Zdjęła buty i zanurzyła stopy w wodzie. Poczuła niewyobrażalną ulgę. Poczuła też, że jest nieprawdopodobnie brudna. W ustach trzeszczał jej przydrożny piach a skóra był ciężka od jego nadmiaru. Nie wiedziała czy to czystość wody tak na nią wpłynęła, czy też była naprawdę zakurzona. Nie zastanawiając się dłużej powoli zdjęła suknię, niemal obrywając guziki, gdyż zapięcie znajdujące się na plecach było bardzo trudno dostępne.
Zignorowała fakt, że być może są śledzeni. Nie mogła oprzeć się potrzebie czystej wody.
Kiedy była już zupełnie naga powoli zanurzyła się pod spokojną taflą wody w zatoczce. Temperatura przyprawiała ja o gwałtowny skurcz mięśni. I kilka razy szybko wciągnęła powietrze chichocząc cicho. A potem pozwoliła, aby tafla wody zamknęła się nad nią.

Kiedy kobieta nie wracała już kwadrans, Jareth postanowił jej poszukać.
Najpierw zobaczył porzucone buty. Kawałek dalej jego oczom ukazała się leżąca na ziemi suknia w kolorze czerwonego wina. Rozejrzał się zaniepokojony w poszukiwaniu reszty osoby, lecz jego wzrok padł na leżącą nieopodal czarną bieliznę. Mężczyzna otworzył usta ze zdumienia, gdy wtem dobiegło go głośne parskniecie i śmiech. Kobieta wynurzyła się z wody, rozbryzgując ją dookoła.
Spostrzegła mężczyznę na brzegu i przechyliła z dezaprobata głowę. Krystalicznie czysta woda nie stanowiła specjalnego okrycia, toteż Jareth zdając sobie sprawę, że się przygląda natychmiast odwrócił się jak oparzony plecami.
Rozłożył ręce jak gdyby chciał coś powiedzieć, ale w końcu machnął tylko niecierpliwie i zniknął w gąszczu. Zanim jednak kobieta zdecydowała się wyjść z wody na pobliskim krzaku wylądował lniany pled. Był trochę sztywny, lecz idealnie wchłaniał wodę, wiec z wdzięcznością przyjęła ten prowizoryczny ręcznik.
Kiedy już sucha i ubrana pojawiła się w obozowisku dosięgła ją gniewna myśl.
‘Mogłaś mnie uprzedzić, że zamierzasz się kąpać’
‘Kiedy sama nie wiedziałam, że to zrobię. To miejsce było tak piękne, a ja poczułam się tak…brudna. To było silniejsze. Przepraszam jeśli…’ – zaczęła się tłumaczyć lecz on jej przerwał. Poderwał się znad ognia i zauważyła, że był naprawdę zły.
‘Nic nie rozumiesz!’ – warknął w swoim języku i chwycił ja za ramiona. Siniec nabyty u łowców zabolał ją mocno i syknęła, patrząc na niego przestraszona.
‘Jeśli ktokolwiek się o tym dowie…już jest po mnie.’
Puścił ją i odwrócił się zrezygnowany.
‘Już jest po mnie.’ – powtórzył
Patrzyła na jego szerokie plecy i miała ochotę podejść i przytulić go. Pamiętała jednak jego ostatni wybuch, powiedziała wiec tylko:
‘Przepraszam. Nie znam waszych obyczajów. Tam skąd pochodzę kobieta i mężczyzna są niemal równi. Mogą pracować na tych samych stanowiskach, mogą znać swoje imiona i mogą się dotykać a nawet całować publicznie. Kąpiel nago to nic zdrożnego. Są nawet wyznaczone do tego miejsca gdzie chętni mogą to robić razem. Ludzie żyją razem, kochają się, i dotyk, bliskość drugiego człowieka jest wielce pożądana. Wybacz, dla mnie to normalne. Kiedy ktoś marznie otulam go, gdy mu źle przytulam a kiedy kogoś pragnę całuję… Nikt mnie za to nie odtrącał, nikt nie robił mi krzywdy tylko dlatego, że wyrażałam swoje uczucia. Wybacz, uratowałeś mi życie. Nie chcę by spotkało cię coś złego, ale nie mogę uniknąć gaf, jeśli nie znam tutejszych obyczajów.’- westchnęła. Kiedy słała mu w myślach lawinę słów przechadzała się tam i z powrotem. Teraz stanęła i zauważyła, że mężczyzna przygląda jej się z zainteresowaniem.
‘Jak to całować?’ – wykrztusił
Nie mogła powstrzymać uśmiechu.
‘Zwyczajnie.’ – odparła. Zrobiła krok w jego stronę, lecz cofnął się tak gwałtownie, że omal nie wszedł do ognia.
Uśmiechnęła się przepraszająco
‘Nie miałam zamiaru cię całować, przepraszam.’ – a potem podeszła do miejsca, w którym Jareth przygotował posłanie. Usiadła na miękkim futrze i zapatrzyła się w płomienie.
‘Gdzie ja trafiłam na wszystkich magów świata!’ – pomyślała, a on odebrał jej myśl.
Dokładając do ognia zaczął cicho mówić.
‘Podobno kiedyś świat pełen był kobiet i mężczyzn, którzy przechadzali się ulicami wiosek i miast trzymając się za ręce i nie było nic złego w głośnym wymawianiu imion. I choć radca zwykle decydował o tym, jaka kobieta należała, do jakiego mężczyzny, ludzie byli szczęśliwi. Ulice roiły się od dzieci. Widziałem pergaminy zapisane drobnym makiem i ilustrowane najpiękniejszymi kolorami świata. Obrazowały czasy, których ja już nie pamiętam. Potem nastał czas wojny. Magia znikła wraz z umysłem kobiet. Starszyzna zdecydowała, że kobiety będą żonami najmądrzejszego z klanu i być może to sprawi, że dzieci, które przyjdą na świat będą bardziej świadome niż ich matki. Niestety dziewczynek rodziło się zbyt mało. I nic nie pomagało, choć te, które rodziły się w klanach były łatwiejsze do oswojenia, niż żyjące na stepach. Nawet te, które wyłapaliśmy, choć są nam posłuszne, nie mają własnej woli. Jest coś, co powoduje, że kiedy poznajemy imię kobiety ona staje się nam oddana. Dlatego imię należy się panu. Dzikim kobietom to on je nadaje i kiedy to następuje kobieta jest posłuszna tylko jemu. Być może to pozostałości magiczne mają taki skutek, choć już dawno nikt nie odczuwał nawet cienia jej obecności.
Nie wolno mi, zatem obcować z żadna kobietą, nie wolno mi jej dotykać, jeśli to nie jest konieczne i nie wolno mi znać jej imienia. Jestem wiernym wojownikiem, nie mogę łamać zasad tylko dlatego, że ty jesteś z innego świata.’ – pogrzebał energicznie w płonącym stosie aż sypnęły się pod niebo iskry.
‘A czego ty chcesz?’ – zapytała – ‘Czy nigdy nie pragnąłeś, żadnej z kobiet wodza?’
‘Nie wolno mi…’ – zaczął znów, ale ona mu przerwała
‘Wolno, nie wolno! Nie jesteś przecież z drewna. Nie wierzę, że nie odczuwacie pożądania. Rozwijacie się normalnie, jesteście tak samo zbudowani z krwi i kości jak ludzie w moim świecie.’
Wstała i podeszła do niego. Stała teraz nad nim a on patrzył niepewnie w jej pełne wzburzenia oczy.
‘Nie mów mi, że w tym ciele nie ma życia i że nic nie czujesz!’ – ukłuła go palcem w ramię
Uśmiechnął się lekko.
‘Czuję, ale musze panować nad emocjami.’ – odpowiedział – ‘A ty z tego czy innego świata, jesteś tylko kobietą i należysz do wodza. Od niego zależy, co z tobą będzie.’
‘Nie, mój drogi.’ – zaperzyła się – ‘Ja sama decyduje o swoim losie. Już nigdy, żaden mężczyzna nie będzie mną manipulował.’
Odwróciła się zbyt szybko. Suknia zahaczyła o leżącą opodal kłodę i skrępowała jej ruchy. Pochyliła się, zachwiała i byłaby upadła gdyby nie błyskawiczna interwencja Jareth’a, który zwinnie chwycił ją w objęcia.
‘W moim świecie miałbyś duże powodzenie u kobiet’ – powiedziała z bliska patrząc w jego oczy.
Postawił ją na ziemi zbyt szorstko.
‘Czas spać’ – powiedział krotko – ‘Jutro popędzimy konia’
Podeszła na powrót do przygotowanego posłania. Zaczynało jej się robić zimno. Nadchodziła noc niosąc z sobą lodowate podmuchy wiatru od gór.

Zbudziła się niespełna godzinę później. Przejmujący ziąb wstrząsał jej ciałem.
‘Jareth’ – wyszeptała chrapliwie
‘Co się stało?’ – dobiegło ją z mroku po drugiej stronie dogasającego ogniska
‘Zimno mi’
‘Dorzucę do ognia’
Chwile później kilka grubych szczap wylądowało w żarze, lecz były wyraźnie wilgotne i nie chciały zbyt szybko zapłonąć.
‘Dam ci mój pled’ – powiedział podchodząc do niej widząc, że nie prędko ogrzeją się przy ogniu
‘Jareth, proszę…’ – zaczęła ale nie wiedziała jak mu przekazać swą prośbę by go nie przestraszyć.
‘Tak?’ – zapytał niepewnie
‘Czy nie mógłbyś położyć się bliżej? Było by mi cieplej’ –zaryzykowała
‘Nie’
‘Ale, jak dostanę zapalenia płuc i umrę twój wielki pan na pewno nie będzie uszczęśliwiony…’ – strzeliła
Wahał się wyraźnie.
‘Dam ci mój pled’
‘To nie wystarczy, jest zimno jak sto diabłów. Jareth proszę, nikomu nie powiem a przecież nikt nas tu nie widzi. Proszę.’ – drżała już naprawdę i zaczęła sobie w myślach wyrzucać wcześniejsza kąpiel w zimnej wodzie.
Mężczyzna westchnął ciężko, poczym usiadł obok niej zrezygnowany. Dłuższą chwile trwało zanim się położył. A i potem wiercił się jak gdyby coś go uwierało. W końcu zawinął obszerną płachtę futra okrywając i ją i siebie.
‘Opowiedz mi o Wieszczce i przepowiedni’ – poprosiła, aby rozładować rosnące z każdą chwilą napięcie i by przestać myśleć o tym, że mężczyzna jest tak gorący jak gdyby miał się zaraz zapalić.
Milczał dość długo a potem powiedział:
‘Z pośród wszystkich kobiet tej ziemi tylko jedna – z tego, co nam wiadomo – zachowała mądrość i własną wolę. Zwiemy ja Wieszczką, gdyż z obawy o magiczne działanie imienia nie zdradza swojego nikomu. Może już sama nie pamięta jak naprawdę się nazywa. Wieszczka nie opuszcza swej siedziby w górach. Jednak, kiedy zbliża się okres wyboru nowego radcy, udają się do niej wysłannicy plemion po radę. Ona wskazuje następcę i przepowiada mu przyszłość. Kiedy nadszedł czas wyboru razem z innymi mężczyznami z mojego klanu wyruszyłem do domu Wieszczki. Radcą został Gernth, wtedy to wzięła mnie na bok i powiedziała…’-zawahał się
‘Tak?’ – zapytała niecierpliwie
‘Że przybędziesz…’ – skwitował
‘Ale, jak to? Musiała powiedzieć coś, co sprawiło, że wiedziałeś, kim jestem. Jak miałeś rozpoznać kobietę z innego świata?’
‘Cicho, śpij już. Wystarczy. Po prostu wiedziałem.’ – powiedział tylko kończąc temat
Leżała odwrócona do niego tyłem, więc nie widziała jego twarzy.

Poprawił okrywające ich futro i poczuła jak dotyka jej włosów. Odwróciła się gwałtownie i spojrzała z bardzo bliska w jego niebieskie oczy. W jego palcach tkwił zasuszony liść, który waśnie wysupłał z jej włosów.
Zapatrzyła się w błękit jego źrenic. Zapomniała, o co chciała zapytać.
‚Jareth…’- pomyślała – ‚Jak to się wymawia?’
Mężczyzna chwilę lustrował jej spojrzenie, potem wyrzucając suchy liść wymówił głośno swoje imię.
Mae uśmiechnęła się i wracając do poprzedniej pozycji powtórzyła głośno:
„Jareth”
Koń podniósł łeb i spojrzał na leżących ludzi. Stuknął kopytem o murawę. I słychać było tylko trzask ognia. Długą chwilę leżeli bez ruchu.
Sądziła, że mężczyzna zasnął, kiedy:
‚Wiele bym dał, by znać twoje imię kobieto z innego świata?’ – usłyszała szept w swojej głowie.
Westchnął ciężko. Niemal jęknął.
Dużo później poczuła jak delikatnie przyciągnął ją blisko przytrzymując ramieniem.
Zanim jednak naprawdę zasnęła usłyszała jak szepcze w noc
„Już jest po mnie”


  • RSS