Znow bez pomocy przyjaciol sie nie obeszlo.
Jeszcze tu jestem…Po drugiej stronie lustra.
Sil mam coraz mniej.
Mieszkam w komorce na miotly, bo nawet schowkiem pod schodami tego nazwac nie mozna. Ale daje rade.
Co innego mnie przytlacza.
Siedze po uszy w gownie!
Na szczescie na chwile przestaly mnie zalewac jego fale.
Rodzina mojego meza okradla mnie na 2500 zlotych. Dwie godziny po jego smierci „KTOS” oproznil konto kredytowe do czysta. Oboje splacalismy ten kredyt. Krew mnie zalala. Pomijam wszystko co zabrali z jego mieszkania.
Wlasciwie to nie mnie okradli. Okradli jedyne dziecko swojego brata i syna.
I jeszcze bezczelnie sie odzywaja.
Nie wiem czy mam sile walczyc o to wszystko. Zobacze.
Nie potrafie sie zorganizowac. Nocki i stres zwiazany z zostawianiem Juniora samego w domu, gdzie drzwi sa na jeden kopniak nie wrozy niczego dobrego.
Teraz jeszcze mam za oknem budowe i caly tydzien od 9:00 do wieczora mlot pneumatyczny rozwala jakies skaly. Nie spie. Przebywam wiecej z Juniorem ale juz mam halucynacje.
Junior tez…choc spi w nocy.
Widuje faceta w czarnym garniturze…:/
Wczoraj zemdlal kiedy na chwile przysnelam.
A mnie kochany Dunnes Stores dal w tym tygodniu osiem nocek z rzedu!
Pewnie, dziesiec red bulli i dam rade.
Potem umre ale nic.
W czwartek przylatuje Mala. Chwila radosci. Chwila normalnosci. Poczucia ze jeszcze jest jakos normalnie i po staremu.
Ze nie jestem tu zapomniana.
Dam rade nie martwcie sie.
Ja zawsze daje rade. A jak juz nie dam rady to i tak nic sie nie da zrobic.
Z reszta zawsze moze byc przeciez gorzej…