maelen blog

Twój nowy blog

pojednanie

2 komentarzy

Wiedzma wygrzebala sie z pod sterty kocow. Choc kaszel nadal ja meczyl poczula chec na herbate. Te tradycyjna. Zielona jasminowa.
Powlokla sie do kuchni. W salonie zastala pochylonego nad stolem Luciusa. Patrzyla chwile na jego pochylone plecy, biala jedwabna koszule, biale wlosy przyslaniajace twarz. Wyprostowal sie, czujac na sobie jej spojrzenie.
Mial zmeczone oczy. Poderwal sie na jej widok.
‚Nie powinnas wstawac’
Zakaslala w odpowiedzi lecz zmusila go by usiadl.
Usiadla tuz przy nim. Tak by widziec jego twarz i oczy.
‚Przepraszam cie Lu’
‚Za co?’  usmiechnal sie niepewnie
‚Za moj upor, za to, ze wystawiam cie na ciagle proby. Za moje uczucia i za ich brak…’
‚O czym ty mowisz? Masz goraczke?’
‚Nie, przestan. Pozwol mi…’
‚Prosze cie bys sobie poszedl, bys mnie zostawil na dobre, bo dosyc mam twojego znikania i powrotow w najmniej spodziewanych moentach. A najbardziej dosyc mam czekania na ciebie. ‚
Patrzyl na nia z coraz wiekszym strachem
‚Mimo to ty ciagle jestes. Wracasz. Kiedy jestem chora, jestes przy mnie stale. Nie wiem czy masz cos waznego do zalatwienia, wlasne powazne problemy i sprawy, ale kiedy tylko otwieram oczy widze cie przy mnie.’
Przez chwile patrzyla mu w oczy.
‚Przepraszam cie, ze bylam podla, ze chcialam cie zapomniec. Przepraszam ze pokochalam … wilka.’
‚Wiem’ powiedzial cicho czarodziej ‚Wiem, ze go kochasz. I przykro mi, ze…’
‚To nie istotne juz’ – przerwala mu ‚To bez znaczenia. Bo znaczenie ma tylko to, ze juz rozumiem. Pytanie czy mi przebaczysz’
W jej oczach zalsnily lzy.
‚Glupiutka czarownico’ usmiechnal sie i odetchnal z ulga. Potem przyciagnal ja do siebie i mocno przytulil.
‚Przeciez cie kocham’
Przytulila sie do niego ocierajac lzy.
‚Juz, juz’ odgarnal wlosy z jej twarzy – ‚Widze, ze eliksir Severusa okazal sie niezwykly w dzialaniu’
Usmiechnal sie do niej czule i pocalowal ja.
‚Mysle, ze mozemy zaryzykowac podanie ci herbaty. Zielona jasminowa, prawda?’

Lucius pochylil sie nad zakopana w poscieli i ogromnej stercie kocow, wiedzma.
‚Jak sie czujesz?’ zapytal z troska
Z pod sterty kocow dobiegl go tylko okropny kaszel.
Lucius westchnal ciezko.
‚Rozumiem, ze masz swoje powody by unikac spotkania z Severusem, ale badz rozsadna… potrzebny Ci jego eliksir’
Z pod sterty kocow dobieglo go cos na ksztalt kaszlu pomieszanego z siarczystym przeklenstwem. Udal jednak ze to tylko kaszel.
‚Mae, prosze cie badz rozsadna’
Z pod sterty kocow wylonila sie rozczochrana glowa i blade oblicze wyraznie chorej wiedzmy.
Popatrzyla przez chwile w zatroskane oblicze czarodzieja, po czym usmiechnela sie blado.
‚Dobrze Lu, popros Severusa o eliksir.’
Twarz Luciusa rozjasnila sie nieco, lecz wyraz zatroskania nie zniknal z jego twarzy.
‚Chcialbym wiedziec dlaczego? Co zaszlo miedzy toba a…’
‚Nie istotne, naprawde. Przejdzie.’ uciela wiedzma – ‚Upewnij sie jednak, ze ten eliksir to eliksir pieprzowy a nie jakas wyszukana trucizna’

W pokoju pachnialo jasminem.

‚Pamietasz moje stare mieszkanie na Grimmauld Place?’ zapytala Wiedzma Czarodzieja
Spojrzal na nia lekko zdziwiony i zdawac by sie moglo, zaniepokojony.
‚Oczywiscie’ odpowiedzial niepewnie
Wiedzma usmiechnela sie i napila sie herbaty z ogromnego, glinianego kubka z napisem Starbucks Edinburgh.
‚Tesknisz do domu?’ zapytal ja
‚Czasem’ spojrzala mu w oczy ‚Ale tak naprawde chyba do tych wszystkich drobnych rzeczy zwiazanych z tamtym miejscem’
Patrzyl na nia bez slowa, a ona mowila dalej zapatrzona teraz przed siebie. Zastanawial sie jakie obrazy przesuwaja jej sie teraz przed oczami i poczul to. Jej glos przeniosl go do tamtych miejsc. Zobaczyl.
‚Polmrok przedpokoju. Swiece. Moj stary zielony fotel. Moj dom byl w zapachu herbaty. Zielonej – jasminowej. Jak ta, ktora teraz pijemy. Koty mruczace na kolanach. Mgla w ogrodzie. Pamietasz jak jej krople osiadaly na twoim plaszczu? Jak lsnily sie wtedy oczy twoich wezowych zapinek plaszcza? Pamietam dotyk twojej koszuli na moim policzku. Pamietam zapach jesiennych lisci i smak wody ze strumienia w tamtym lesie… Pamietam sloneczne poranki w wielkiej kuchni Grimmauld Place. Pamietam promienie ksiezyca na twojej skorze kiedy spales…Wszystko to zaklete jest jakims sposobem w kubku herbaty. Zielonej – Jasminowej. Jak ta.’
Zapadla cisza. Lucius nie wiedzial co powiedziec tej najdziwniejszej z czarownic jaka w zyciu dane mu bylo spotkac.
Jakims dziwnym kaprysem losu dane mu bylo nawet dzielic z nia fragmenty zycia.
Spojrzala na niego. Juz nie pierwszy raz zdawala sie czytac w jego myslach, choc kiedys przeciez bylo zupelnie na odwrot.
Usmiechnal sie teraz do wlasnych wspomnien.
Tak malo wtedy jeszcze wiedzieli. Tak bardzo byli jeszcze niewinni.
‚Wiesz, ze nigdy nie bedzie tak jak bysmy tego chcieli?’ stwierdzila raczej niz zapytala
‚Nigdy jej nie zostawisz’ usmiechnela sie do niego, a kiedy chcial zaoponowac uniosla tylko dlon przerywajac mu ‚Ja nie mam zalu.’
‚Juz nawet nie jest mi smutno. Przeciez wiesz, ze ja nie nadaje sie do takiego zycia jakie odpowiada tobie, a i mnie raczej trudno sobie wyobrazic ciebie w innej roli.’
‚Co masz na mysli?’ zapytal wreszcie
‚Dla ciebie zycie to salony, sluzba, marmury, pokoje wielkosci stadionu do quidditch’a. Jakos nie moge sobie wyobrazic ciebie w malym bialym domku, jaki mnie sie marzy, albo w ogrodku w gumowych rekawiczkach pielacego chwasty.’ zachichotala
‚Moglbym…sprobowac’ powiedzial cicho
Spojrzala na niego powaznie
‚Nie moj drogi, wiesz dobrze, ze nie moglbys. A i ja dusilabym sie w ogromnych salach twojej posiadlosci. To sa JEJ klimaty.
Nie bedziemy mogli zyc razem. Zawsze pozostaniesz gosciem w moim domu, a i ja przeciez nigdy juz nie zloze ci wizyty.’
‚Mowisz tak jakgdyby to mial byc koniec…’
‚Nie mam chyba dosc sil by to zakonczyc, Lu. Chce tylko bysmy oboje byli swiadomi, ze nie ma dla nas wspolnego domu, nie ma dla nas wspolnej przyszlosci. I nie ma tak naprawde NAS. Jestem ja i jestes ty i chyba trzeba sobie juz to wreszcie uswiadomic, ze bedziemy juz zawsze osobno. Ty tam, ja…gdziekolwiek zawieje mnie jeszcze ten polnocny wiatr.’
Milczal. Jesli to milo byc zerwanie to chyba jeszcze go nie pojal, nie dopuscil do swiadomosci.
‚Czy mam juz wiecej cie nie odwiedzac?’ zapytal z wyraznym niepokojem w glosie.
Jeszcze nigdy nikt tak go nie omotal. Byl wrecz uzalezniony od przebywania w towarzystwie tej wiedzmy. Sama mysl ze to mogloby sie zakonczyc, byla nie do zniesienia.
‚Alez skad!’ powiedziala jednak zdecydowanie ‚Poprostu, nie mozemy byc razem’
Usmiechnela sie.
‚To ma mnie uspokoic?’
‚To ma uspokoic mnie.’ powiedziala.
‚Napijmy sie jeszcze herbaty’

***

Brak komentarzy

W pustym, bialym mieszkaniu powoli zapadala noc.
Wiedzma stala przy oknie i spogladala na pograzone w mroku dachy i niedaleka wieze katedry.
Tyle razy juz przeszywalao ja to uczucie. Za kazdym razem czula je rownie intensywnie.
To bylo jej miejsce.
Pomimo ostatnich dziwnych zagmatwan emocjonalnych, mimo tych wszystkich kryzysow, wiedziala, ze to dobre miejsce.
Przyjaciolka powiedziala jej kiedys, ze to ten sam kraj, ktory pamieta, tyle, ze nie ma juz w nim magii.
I ten brak dokuczal jej najbardziej.
A miala byc znow w domu.
Tymczasem byla tak daleko od domu, jakgdyby przekroczyla granice galaktyki.
Z mroku za nia wylonila sie postac mezczyzny, Jego dlugie prawie biale wlosy, lsnily w blasku ksiezyca.
Podszedl do niej blisko. Nawet na niego nie spojrzala, tylko ufnie oparla plecy o jego tors. Objal ja i stali tak bez slowa dluga chwile.
‚Czy kiedys przestaniesz byc gosciem?’  zapytala cicho
‚Mam nadzieje’  odpowiedzial  ‚Lecz jeszcze nie tu. Nie teraz…’
‚Co mam czynic Lu?’ odwrocila sie w jego ramionach i spojrzala w stalowo szare oczy ‚Dokad mam pojsc? Ile swiatow jeszcze musze zobaczyc, by znalezc ten wlasciwy? A jesli go nie znajde? Co wtedy?’
Milczal.
‚Co wtedy bedzie Lu?’
Patrzyl przed siebie.
Nie chcial spojrzec w jej oczy, przeciz mogla wyczytac w nich wszystko.
‚Gdzie ja jestem Lu? Kim ja jestem…?’
Przytulil ja tylko mocniej.
Oparla policzek o jego jedwabna koszule. Poczula bicie serca i cieplo ciala przez chlodny material.
Nie miala juz lez by plakac.

Brak komentarzy

‚A jednak nie przestane tesknic, za tym co bylo.
Za tym co mialam, wiem to napewno. Tylko juz nie pamietam.
Bo to jak sen jakis…
Wiem, ze gdzies tam jest i czeka i tez nie moze mnie odnalezc, bo teraz oboje wygladamy inaczej.
Kiedys byl wysokim jasnowlosym blondynem o silnych ramionach i ogorzalej od slonca i wiatru twarzy.
O oczach stalowo szarych, ktore w momentach silnych emocji przechodzily metamorfoze i stawaly sie bladoniebieskie.
Kiedys ja bylam szczupla, piekna kobieta o gestych czarnych wlosach, ktore w swietle zachodzacego slonca rozswietlaly sie czerwonym odcieniem.
I kochalam cala dusza wlasnie jego. I on kochal cala dusza mnie. I nie bylo watpliwosci. Nie bylo strachu. Bylismy jednoscia.

Mezczyzni w tym swiecie i czasie sa slabi.
Sa pusci, sa niestabilni, nieodpowiedzialni, nieslowni i nielojalni.
Nie ma dla nich wartosci.
Nie ma nic swietego.
Wszystko jest na sprzedaz i rzadzi tylko wlasne ego.

Pomimo kilku pozytywnych aspektow, zycia w tym swiecie i czasie, ja tesknie.
Tak bardzo teskie do tamtego czasu i swiata…
Tak bardzo tesknie do niego.’

***

Brak komentarzy

Wiedzma siedziala za ogromnym drewnianym stolem w Merlinowej kuchni. Srebrny sztylet w jej dloni lsnil ostrzegawczo.
Wiedzma obracala go bezwiednie w palcach, cudem unikajac skaleczenia.
‚Profesorze?’ – odezwala sie nagle – ‚Jak mam zapanowac nad gniewem?’
Mistrz eliksirow podniosl na nia uwazne spojrzenie, potem szybko zerknal na srebrny sztylet.
‚Jak to robisz, ze potrafisz byc tak…zimny?’ – zapytala i spojrzalana niego.
Ich oczy spotkaly sie i nie musial odpowiadac. Ona juz wiedziala.

‚Jest gorzej niz myslalem’ – Merlin w zamysleniu stukal smuklymi palcami o blat drewnianego stolu.
Lucius siedzacy bokiem do pol demona nie odrywal wzroku od skulonej w fotelu kobiety.
Wiedzma zapatrzyla sie w ogien huczacy w kominku.
Gdzies tam byla rzeczywistosc.
Gdzies tam za czarnym horyzontem…nie, gdzies tam a moze…kiedys tam, jakas rzeczywistosc istniala.
Zatem czym bylo to czego doswiadczala teraz?
Czula miekka skore fotela, w ktorym siedziala. Czula zapach planacych drewnianych klod. Zapach zywicy   i swiezo skoszonej trawy… Jareth…
Co teraz robil?
Moze Gerenth podarowal mu kobiete? Moze po tym wszystkim…zapomnial juz?
Ona chciala zapomniec.
chciala a jednoczesnie kazda czastka siebie pielegnowala te wspomnienia.
Tak wiele wtedy oddala…tak wiele doswiadczyla.
Westchnela i wygrzebala z kieszeni paczke Marlboro Gold.
Zapalila.
Nie baczac na to czy gospodarzowi sie to podoba czy nie.
Tymczasem w mezczyzni przy stole rozmawiali przyciszonym glosem.
Na widok papierosa Merlin westchnal ciezko i czerwony blysk zalsnil w jego czarnych oczach.
‚Jest gorzej niz myslalem’ – powtorzyl – ‚Od ciebie Luciusu zalezy co dalej. Moge ja powstrzymac od zadymiania mojego domu, ale tobie nie spodoba sie metoda’
Zerknal z ukosa na bialowlosego szukajac mimowszystko aprobaty.
Lucius milczal. Twarz mial sciagnieta.
‚Dobrze.’ – powiedzial w koncu dobitnie – ‚Skoro tylko to moze pomoc…sprowadz go.’
Merlin prychnal.
‚Nie tego sie spodziewalem.’ – powiedzial z nieukrywana ironia – ‚Niestety, musze cie zmartwic.’
Wyprostowal sie, jakgdyby przeciagajac od niechcenia.
Lucius spojrzal pytajaco na Merlina.
‚Nie moge go tutaj sprowadzic.’ – odpowiedzial pol demon
‚Nie mozesz?!’ – zapytal z drwina w glosie Lucius – ‚Ty?’
‚Nie chce.’ – odparl krotko Merlin – ‚Mam juz serdecznie dosyc placzacych sie tutaj istot, z nie tego czasu i przestrzeni. Jeszcze jednego mi nie potrzeba. Ledwie udalo sie

zamknac Bramy…’
Ostatnie zdanie dodal jak gdyby do siebie, ledwo doslyszalnie.
‚Jesli sie nie myle to nie Ty je zam…’ – wypalil czarodziej
‚To nie istotne!’ – przerwal mu Merlin – ‚To przez nia i przez jej piekielne przyjaciolki cale to zamieszanie. Tylko ze wzgledu na lad ktory probuje zachowac toleruje was

wszystkich tutaj…’ – Warknal Merlin a czerwony blask w jego oczach rozjarzyl sie zlworogo.
Lucius jednak nie wygladal na przejetego wybuchem swojego towarzysza.
Spojrzal na niego uwaznie i pochylajac sie nad stolem powiedzial cicho.
‚Z calym szacunkiem, drogi przyjacielu – Kiedy wreszcie przestaniesz sam siebie oszukiwac? Nas nie da sie oszukac juz od dluzszego czasu.
Mozesz wladac czasem i przestrzenia, ale kto inny wlada twoim sercem i chocbys sie nie wiem jak na to pieklil i nadymal, nic nie poradzisz.’
Przerwal i oparl sie wygodnie.
Merlin wygladal jak gdyby go zamurowalo. Patrzyl z nienawiscia na bialowlosego czarodzieja, lecz chwile pozniej wzrok mu zlagodnial a czerwony blask w jego oczach przygasl.
Usmiechnal sie nawet lekko. Smutno.
‚Musialbys moj drogi Luciusu przezyc tyle lat co ja i w tak doborowym towarzystwie jakie mam ja i zrozumialbyc dlaczego…Ta smiertelniczka…ja…to poprostu…’ – wzruszyl

ramionami.
Spojrzal W stalowe oczy czarodzieja i ze smutnym, przepraszajacym zdawac by sie moglo, usmiechem powiedzial – ‚Nie sprowadze go tutaj, bo to zachwieje bramami po raz kolejny.

Zbyt duzo w nim magii…’
Nie wiedzial czy twarz Luciusa wyraza bardziej ulge, czy rozczarowanie, dodal jednak patrzac w oczy przyjaciela – ‚Ale moge znow wyslac ja.’
Strach. To uczucie wyraznie teraz przemknelo po twarzy bialowlosego, wiec Merlin szybko uniosl dlon by czarodziej mu nie przerwal i powiedzial:
‚Nie martw sie, ona wroci. Ta podroz odbedzie sie na zupelnie innych „zasadach” niz poprzednio. Tym razem to ja bede kontrolowal sytuacje.’
A widzac, ze czarodziej ma powazne watpliwosci dodal dosadnie – ‚To jedyny sposob. I moj warunek.’
Lucius lustrowal twarz przyjaciela, jak gdyby szukajac ukrytych pulapek tego planu.
Merlin usmiechnal sie.
‚Zobaczysz, wroci odmieniona.’ – powiedzial
‚W to nie watpie.’ – mruknal pod nosem Lucius spogladajac znow na skulona postac w fotelu przed kominkiem.
‚A moze o to zagramy?’ – zaproponowal Merlin z przewrotnym usmiechem i na stole pojawila sie z nikad szachownica. Lucius ze zdumieniem spostrzegl ze krol ma srebne dlugie

wlosy, czarny plaszcz ze srebrnymi zapinkami i laske ze srebrna glowka w ksztalcie weza, hetman zas spoczywa w przepastnym fotelu i ma sylwetke kobiety, ktorej wlosy sa

kruczoczarne. Kobieta w dloni sciska cos na ksztalt ognistej kuli. Tuz obok  czarnowlosej krolowej – hetmana, stoi silnie zbudowany, plowowlosy goniec z wilcza skora zarzucona

na plecy, zas drugi goniec do zludzenia przypomina wysokiego czarnowlosego wampira
Oszolomiony czarodziej spojrzal na towarzysza – ‚Tego zestawu jeszcze nie widzialem’

Wiedzma nie zareagowala na charakterystyczny odglos
aportacji w korytarzu.

Kiedy jednak mezczyzna wszedl do jej pokoju spojrzala na
niego z wyrzutem.

‘Czy mozesz mi powiedziec co ty robisz?’ zapytal,
nie uzyskal jednak odpowiedzi. Podszedl do okna I zdecydowanym ruchem rozsunal  zaslony.

Wiedzma zmruzyla oczy, ale nadal milczala.

Bialowlosy czarodziej uklakl przy lozku na ktorym tkwila bez
ruchu.

‘Co robisz?’ zapytal lagodniej

‘Nic’ odpowiedziala zgodnie z doslowna prawda.

Od tygodni nie robila nic.

Poza oczywiscie wyjsciami do pracy, bo nie mogla sobie
niestety pozwolic na utrate zrodla utrzymania. To by ja zbyt wiele kosztowalo.

Po powrocie z pracy, zwykla jednak robic NIC.

‘Co sie dzieje?’ zapytal czarodziej

‘Nic’ padlo znowu

‘Tylko tyle bedziesz teraz mowic?’ zapytal lekko
poirytowany, a przynajmniej tyle poirytowania pozwolil sobie okazac.

Popatrzyla w jego stalowo szare oczy. Zrobilo jej sie
jeszcze ciezej na sercu, ale westchnela tylko.

Chciala zrobic mu scene, chciala nawyrzucac , ze zniknal na
tyle czasu, ze zostawil ja sama, ze pewnie byl u boku swojej zony, spelniajac
swoje cholerne malzenskie obowiazki, ze wszyscy ja zostawili w tym mugolskim
swiecie I ze sie zgubila. Ze juz nie potrafi odnalezc tamtej siebie I ze jej
magia juz nie jest jej. Ze juz wogole jej nie ma. Ze znow jest taka jak
dawniej. Jak ta ona ktorej tak nie lubila. Ta zwykla ona zapijajaca smutki I stress
zwiazany z praca w barze na rogu ulicy. Ta ona sprzed wielu lat…

‘Nie jest dobrze’ powiedziala jednak tylko

Zapomniala, ze on slucha nawet wtedy gdy nie padaja slowa.

‘To nie prawda’ powiedzial ‘Wszystko to, nie jest prawda’

‘Czy musze sie teraz tlumaczyc?’ – spojrzal jej w oczy – ‘Tak,
pewnie musze’

‘Nie musisz’ –przerwala mu zmeczonym glosem – ‘Nic nie jest
tak jak byc powinno I jak byc mialo. Ostatnie lata wywrocily nasz swiat do gory
nogami. Nierozsadnie bylo zostawiac mnie tutaj. Miales byc blisko. Blizej niz
przedtem, a oddaliles sie tylko. Szukalam gdzie indziej oparcia. Powinnam byla
jednak wiedziec, ze wy wszyscy jestescie tacy sami.’

Chcial jej przerwac lecz nie pozwolila mu.

‘Czarodzieje, Wampiry…ehhh, I jeden normalny Jareth, problem
w tym, ze jego swiat nie jest moim I vice versa. Gdyby tylko mozna znalezc
sposob bysmy mogli wspolnie…’

Zamilkla.

Spojrzala mu w oczy. Byly smutne.

‘Wiec teraz jest Jareth?’

‘Nie gluptasie’ powiedziala I dotknela jego policzka

‘To zawsze bedziesz ty. Nawet jesli nie bedziesz przy mnie
tylko przy niej. I nawet jesli przy mnie bedzie on.’

‘Nie chce tego sluchac!’ – oburzyl sie I wstal, chwycil ja
za rece I zmusil by wstala – ‘Wychodzimy’

Deportowali sie nim zdazyla zaprotestowac.

Otoczyla ich ciemnosc calkowita. Czern czerni. Po chwili
jednak miliardy gwiazd rozblysly jej przed oczami. Stopy zapadly w miekkie
podloze, ktore nie wydawalo zadnego odglosu stapania po nim.

Z oddali zblizal sie ku nim wysoki odziany w czern
mezczyzna.

‘Potrzebujesz terapii’ szepnal jej w ucho Lucius

Mezczyzna zblizyl sie I sklonil lekko glowe lecz nie
spuszczal z niej oczu.

‘Dawnosmy sie nie widzieli, Maelen De Witch’ powiedzial
aksamitnym glosem

‘Zaiste , Merlinie’

Awaria

2 komentarzy

Kolejna. Plyta glowna tym razem. koniec swiata. 

Obcielam wlosy. :)

Sen

Brak komentarzy

Jestem 10-cio letnia dziewczynka. Mam jasne wlosy i koronkowe sukienki niczym z okresu rewolucji amerykanskiej.
Mam starsza siostre, ktora mnie wiecznie drazni i mi dokucza.
Moj tata jest eleganckim mezczyzna przypominajacym Aleca Baldwin’a i Antonio Banderas’a w jednym.
Matka jest szczupla, wysoka blondynka.
Mieszkamy w bardzo duzym domu.
Wnetrze jest raczej nowoczesne. Duzo drewnianych, lakierowanych powierzchni. Czysto i elegancko.
Akcja zaczyna sie, kiedy pojawia sie informacja, ze w okolicy jest wampir.
Wampirem okazuje sie stary profesor, wynalazca jakiejsc przelomowej teorii.
Podczas zasadzki na wampira (ktory jakims sposobem znajduje sie w naszym domu) znika moj ojciec.
Kiedy bowiem ojciec wpada do pokoju w ktorym jest wampir, zastaje tam jedynie idealna kopie samego siebie.
(Wampir jest zatem zmiennoksztaltny.)
Prawdziwy ojciec znika, jego miejsce zajmuje ojciec-wampir. Wydaje sie byc jedyna osoba ktora zdaje sobie z tego faktu sprawe.
Ale nic nikomu nie mowie.
Najpierw konfrontuje sie z wampirem.
10 latka v.s wiekowy wampir.
Wampir jest zirytowany moimi uwagami i pytaniami.
Mowi: „Jadlem dzis co prawda, krolika, ale miej swiadomosc, ze krolik nie wystarcza mi na dlugo i zaraz moge poczuc sie glodny.”
To troche ochladza moja goraca glowe, jednak nie przestaje nachodzic wampira.
Wampir zreszta zaprzestal podszywania sie pod mojego ojca, natychmiast po usunieciu go z naszego zycia.
Teraz wygladal jak starszy pan ok 60 lat. Ubieral sie niczym hrabia Magnus Lee
Tylko w nieanimowanej, bardziej ludzkiej wersji.
Codziennie wymykalam sie zatem z domu (w srodku dnia) i bieglam na ogromne blonia, by spotkac sie z wampirem, ktory mnie uczyl.
Uczyl historii i przedmiotow scislych. Opowiadal mnostwo anegdot. Uwielbialam spedzac z nim czas.
Kiedys moja matka zainteresowala sie co ja robie tyle poza domem i razem z ta wkurzajaca mnie siostra, poszly na blonia ze mna.
Ucieklam im przy pierwszej okazji, ale zobaczyly mnie z tym olbrzymim starszym odemnie i to sporo mezczyzna, wiec podeszly zapytac o co chodzi (matka pewnie sie obawiala, ze on to jakis perwert jest czy cos)
Hrabia sie grzecznie przywital (jak gdyby nigdy wczesniej sie nie spotkali).
Na pytanie matki co robimy, zaproslil je by sie przysiadly i powrocil do opowiadania mi jakiejs kolejnej fantastycznej historii z przeszlosci.
Sen sie konczyl, kiedy wpatrywalam sie w niego jak w obrazek i chlonelam kazde slowo, ktore mowil.
Wampir byl moim nauczycielem…

Dziwne.
Jak zwykle nie ogladalam, ani nie czytalam niczego na ten temat. Bylam zmeczona i poszlam od razu spac.
Jednak po przebudzeniu  bylo mi zal. Chcialam zobaczyc innego wampira…
Nie macie pojecia, jak bardzo moze brakowac kogos, kto tylko nam sie sni.
Juz tak dawno mnie nie odwiedzal.
Jestem coraz starsza.
On sie nie zmienia, ale dopoki jeszcze czuje sie w miare atrakcyjna, moglby byc przy mnie…
Ehhh cholera, tesknie do niego.


  • RSS