Uwielbialam zime w Polsce.
Nie tylko dlatego, ze byl snieg i tak nostalgicznie sie robilo…
Zima to byla pora radosci. Wyglupow na sniegu, rzucania sniezkami, zjezdzania na tylku z gorki i tym podobnych dewiacji. :)
Szczegolnie w wieku 30-stu paru lat ;P
To byl czas czestszego niz zwykle przebywania w kuchni, czas grzanego wina, ognia w kominku, czas oddechu, spokoju, kota na kolanach, przebywania w domu generalnie.
Latem wiadomo, nosilo mnie zwykle bo cieplo i przyjemnie.
Teraz, tutaj, na wyspie nienawidze zimy.
Nie moge sie doczekac kiedy wreszcie sie skonczy i znow bede mogla odetchnac od wysokich rachunkow za prad, od rachunkow za olej, od zamartwiania sie kiedy ten cholerny olej sie konczy, od wkurzania sie ze mimo tego iz jest to ciagle w domu jest zimno jakby wogole sie palilo w piecu.
Od stresu, ze dom bedzie zimny kiedy ja bede w pracy a moje dziecko bedzie marzlo.
Do kuchni wchodze niechetnie, szybko robie kawe, czasem szybkie jedzenie i uciekam z tego pomieszczenia.
Jeszcze nigdy nie spotkalam bardziej nieprzyjaznej kuchni.
A troche doswiadczenia juz mam.
Nawet w garazu w ktorym mieszkalam z Michaelem, kuchnia choc klitka bez okna to jednak byla przyjemniejsza.
Nie wiem co jest grane. Ten dom mnie nie lubi, choc ja wrecz odwrotnie. Staram sie jak moge, by bylo nam tu przytulnie i wmawiam sobie, ze jest mi tu dobrze. Czuje do niego dziwna sympatie.
Tak, do facetow tez mam cos podobnego.
JA za nimi szaleje a oni maja mnie gdzies.
To samo z tym domem.
Nie wiem czy kiedys spotkalo Was cos podobnego.
Ten dom poprostu mnie nie lubi.
Szukam innego, choc zal bedzie mi ten opuszczac.
Coz, zawsze mialam problemy, by skonczyc toksyczny zwiazek.

Ale, zima juz moglaby sie skonczyc.